Recenzja filmu "Obywatel"

Autor: Redil

Jerzy Stuhr w  swojej najnowszej komedii Obywatel stworzył sarkastyczny przekrój historii Polski w ostatnim półwieczu, skacząc na oślep wraz z granym przez siebie bohaterem po różnych etapach jego życia. Jan Bratek, niczym Forrest Gump, dziwnym zbiegiem okoliczności bierze udział w kluczowych dla swojego kraju momentach. W obrazie przyjdzie nam zmierzyć się z mitem Solidarności, obserwować burzące się nastroje przed marcem 68, oglądać wybór polskiego papieża, ale także podążać za głośnymi motywami historii współczesnej, wolnej Polski. Chronologii tutaj brak, tak jakby koncept poszatkowania fabuły miał czemuś służyć. Nie służy. Nowy obraz Stuhra ogląda się najlepiej jako zbiór oderwanych od siebie skeczy, które niejednokrotnie potrafią rozbawić. Obywatel jako filmowa całość tonie w natłoku symboliki, przerysowania oraz braku dystansu. Choć właśnie na ten dystans wszystko powinno wskazywać…

Produkcja Stuhra jest bowiem przede wszystkim satyrą, niekiedy kąśliwą i trafną, lecz przez większość czasu niestety wymuszoną. Obrywa się każdemu: katolikom, Żydom, solidarnościowcom, nacjonalistom, rasistom i tak dalej. Jednak chcąc obalać mity i stereotypy, Stuhr na to miejsce powiela dzisiejsze. Zatem: ksiądz zabawia się z prostytutkami, pracownicy służby zdrowia nie maja pojęcia, co robią, a antysemityzm Polacy mają wrodzony. Reżyser wymachuje jednak palcem i niejako z pogardą ukazuje nam nasze największe wady.

Minusem produkcji jest także „nijakość” protagonisty, choć jest to zamierzony zabieg. Bratek to oferma, który nie chce się mieszać w politykę – pragnie jedynie spokoju. Próbuje swoich sił i w Solidarności, i w Partii, ale od wszystkiego się odbija. Mimo to, historia nieustannie go przyciąga i raz za razem wypluwa na wierzch jako bohatera. Jest to jednak ostatnia osoba, za jaką chciałoby się podążać na ekranie. Trzeba jednak przyznać, że postać ratują do spółki Jerzy i Maciej Stuhr, którzy grają siebie nawzajem tak dobrze, że gdyby nie różnica wieku, można byłoby ich pomylić.

Talent dwóch panów Stuhrów objawia się głównie w scenach humorystycznych, których nie brakuje. W kilku miejscach scenariusz wzbija się na wyżyny – wątek z ożenkiem z funkcjonariuszką SB to prawdziwa perełka. Niekiedy jednak humor w Obywatelu jest tak toporny, że odliczamy minuty do końca seansu. To jest właściwie wyznacznik jakości całego filmu, który nie jest ani wybitnie zły, ani tym bardziej szczególnie dobry.

Można odnieść wrażenie, że w Obywatelu wszystko pisane jest dużą literą. Mimo komediowego tonu, reżyser nie tyle zwyczajnie z dystansem kpi  z polskiej mentalności, naszych przywar, stereotypów oraz tradycji, co wręcz piętnuje(bogata symbolika nadaje produkcji jeszcze bardziej napuszonego stylu). To film na 25-lecie wolności, który uświadamia nam jacy jesteśmy głupi, zacofani i zepsuci. Tyczy się to wszystkich, ale nie ulega wątpliwości, że najcięższe działa Stuhr wytacza w prawą stronę przeciw konkretnemu obozowi politycznemu i jego zwolennikom.  Ci ostatni na pewno nie wyjdą z sensu zadowoleni, szczególnie patrząc na finałową scenę. Pozostali mogą bawić się lepiej lub gorzej, ale Obywatel nie jest filmem, który zostanie w pamięci na dłużej niż telewizyjny maraton skeczy kabaretowych.


blog comments powered by Disqus