"Wilcze dzieci" - recenzja filmu

plakat filmu "Wilcze dzieci" - recenzja filmu

Ponoć w Japonii wilki wyginęły

W Polsce rzadko kiedy można zobaczyć anime na wielkim ekranie – nie jest to ani tajemnicą, ani niespodzianką. Nic dziwnego więc, że seanse Wilczych dzieci wywołały spory entuzjazm wśród fanów. Film Mamoru Hosody, znanego chociażby z przepięknej produkcji O dziewczynie skaczącej przez czas, zgarnął całą masę nagród – także na międzynarodowych festiwalach, jak chociażby na New York International Children’s Film Festival, więc oczekiwania wobec niego były co najmniej wysokie. Czy podołał? Ha, w zupełności.

Skrótowy opis fabuły może początkowo odstraszyć wiele osób: „dziewczyna poznaje wilkołaka i ma z nim dzieci”. Trzeba przyznać, że nie brzmi to zachęcająco, ale warto przekonać się na własnej skórze, że to akurat najmniej istotny element Wilczych dzieci. Hana – młoda kobieta, studentka uniwersytetu na przedmieściach Tokio, poznaje na zajęciach dziwnego chłopaka. Ookami przychodzi na wykłady z ciekawości, nie jest studentem. Hana mu pomaga – przemyca do biblioteki, pożycza podręczniki. On przyjechał ze wsi i pracuje w firmie przeprowadzkowej, ona – jest sierotą, studia opłaca ze stypendium, a wydatki na życie z pracy w pralni. Zakochują się w sobie i w ich życiu pojawia się córka, Yuki. Rok później rodzi im się syn, Ame. I wszystko byłoby o wiele prostsze, gdyby nie to, że Ookami jest wilkołakiem – ostatnim potomkiem japońskich wilków. Po jego śmierci Hana zostaje samotną matką z dwójką, dosłownie, wilczych dzieci.

Wilcze dzieci to historia wielowymiarowa. Przede wszystkim w niespełna dwugodzinnym filmie ujęto 12 lat z życia Hany (w formie opowieści Yuki). Zobaczymy, jak poznała Ookamiego, będziemy obserwować ich związek, później – trudy samotnego, niezwykłego macierzyństwa. Hana z ogromnym optymizmem i niezwykłą siłą radzi sobie z największymi trudnościami – nieżyczliwymi sąsiedami, interwencjami opieki społecznej, chorobami zmieniających się w wilki niemowląt – i buduje relacje z dziećmi, starając się dać im jak najwięcej możliwości rozwoju, poznawania świata, wybierania własnych ścieżek. Jednocześnie Hosoda z ogromnym wyczuciem wzbudza w widzach emocje. Niejednokrotnie mamy okazję się wzruszyć – w momencie śmierci Ookamiego, czy pożegnania z Ame niejeden z widzów będzie miał łzy w oczach. Jednocześnie w kinie w wielu momentach dało się słyszeć szczery śmiech na sali.

Obok ciągle komplikujących się relacji Hany z dziećmi – niezwykłymi przecież – film portretuje, jak młoda kobieta buduje swoje nowe życie w początkowo nieprzyjaznym i zamkniętym środowisku wsi, gdzie wyprowadziła się, by móc dać Yuki i Amemu swobodę i uniknąć problemów. Co ciekawe, jako postać to właśnie ona najmniej zmienia się przez cały film – od początku kreowana jest na silną i pełną poświęcenia matkę, uśmiechniętą w najgorszych nawet momentach (chociaż to właśnie ten jej rys pozwala reżyserowi na najlepsze oddanie głębi emocji związanych z dramatycznymi wydarzeniami). Jednocześnie Yuki i Ame zmieniają się nieomal ze sceny na scenę. Rodzeństwo o diametralnie różnych charakterach dojrzewa o wiele szybciej niż ich rówieśnicy, mimo że oboje borykają się z problemami typowymi dla uczniów podstawówki, aż w końcu są w stanie obrać kierunek, w którym podążą do dorosłości. Postaci drugoplanowe też nie są pozostawione samym sobie – najlepiej widać to na przykładzie zrzędliwego dziadka Nirasakiego, wyglądającego (i zachowującego się) trochę jak Clint Eastwood w Gran Torino (2008).

Można powiedzieć, że Wilcze dzieci to dramat rodzinny z rysem fantastycznym. Ma w sobie ciepło produkcji Ghibli, a jednocześnie odcina się wyraźnie od produkcji studia z Tokio. Nie każdemu jednak przypadnie do gustu ta słodko-gorzka opowieść o odważnej matce – po części dlatego, że akcja jest dość równomiernie rozłożona, toczy się łagodnie i bez nagłych porywów. Pojawiły się już opinie, że miejscami film jest „przegadany”. Z drugiej strony, dzięki temu dostajemy bardzo ciepły, łagodny film, który ogląda się z prawdziwą przyjemnością.

Zupełnie inną sprawą jest animacja. Możemy podzielić ją tutaj na dwie kategorie: postaci i tła. Bohaterowie są zaprojektowani z pewną niedbałością – zamierzoną – i kreska momentami „rozpływa się”, nie jest tak szczegółowa, jak można zakładać. Subiektywnie nie jest to wadą i ma ogromny urok – tu ocena zależy jednak od gustu. Zupełnie inaczej sprawa ma się z tłami. Są po prostu piękne. Pełne detali, animowane na najwyższym poziomie, momentami nie do odróżnienia od nagrania w jakości HD. Na dużym ekranie robią wręcz niesamowite wrażenie. Sceny takie jak bieg przez zasypany śniegiem brzozowy las po prostu zachwycają. Powiedzieć, że to mistrzostwo, to jak nie powiedzieć nic.

Muzyka, jakkolwiek niezbyt specyficzna, świetnie podkreśla klimat filmu, wpada w ucho i jest po prostu przyjemna. Miło będzie do niej wrócić po seansie.

Polski dystrybutor podjął też dobrą decyzję i zrezygnował z dubbingu, wyświetlając film w wersji japońskiej, z napisami. Pozwala to docenić świetną grę japońskich aktorów głosowych – można podejrzewać, że polski dubbing spłaszczyłby film do poziomu kreskówki z Cartoon Network. Jednocześnie należy przyznać, że napisy były zrobione naprawdę dobrze – porządne tłumaczenie, żadnych zauważalnych błędów. Dzięki temu oglądało się Wilcze dzieci z ogromną przyjemnością.

Na pewno nie jest to film pozbawiony wad. Nie każdemu się również spodoba. Jednak nie bez powodu został obsypany nagrodami. Piękna animacja, wzruszająca, pełna emocji historia, ciekawe postaci i tematyka, która nie nuży – stanowią o jego sile. Ci, którym podobała się Dziewczyna skacząca przez czas, na pewno się nie rozczarują Wilczymi dziećmi. Sceptycy też znajdą sporo zalet. Poza tym warto obejrzeć nowy film Hosody chociażby ze względu na to, jak rzadko mamy okazję zobaczyć na dużym ekranie animację dla starszego widza.



blog comments powered by Disqus