Recenzja filmu "Oldboy. Zemsta jest cierpliwa"

Autor: Redil

Amerykańska moda na tworzenie remake’ów zagranicznych hitów to już standard. Po co trudzić odbiorców próbą wyjścia poza bariery kulturowe lub czytaniem napisów, lepiej skroić obcą produkcję pod własnego widza. A jeśli w dodatku można zarobić na odświeżeniu czyjegoś pomysłu, to czemu nie skorzystać? Patrząc przez pryzmat amerykańskiego lenistwa, na gruncie którego rokrocznie kwitną kolejne zapożyczone produkcje, aż dziw bierze, że po koreańskiego Oldboya sięgnięto dopiero 10 lat po premierze. W tym czasie oryginał zdążył już stać się na tyle kultowy, docierając do znacznie szerszej publiczności niż zapewne planowano, że zasadność kręcenia remake’u wydaje się być podwójnie wątpliwa.

Hollywood nie miało żadnych wątpliwości. Do naszych kin wszedł właśnie film Spike’a Lee z rozchwytywanym ostatnio Joshem Brolinem w roli głównej. Obraz na poziomie fabularnym jest dosyć wierny oryginałowi, Lee zmienił jedynie szczegóły, które jednak najmocniej rzucają się w oczy, wypełniając filmową kliszę błazenadą, jakiej już dawno w kinie nie widziałem. Miejscami aż przecierałem oczy z niedowierzania.

Bohaterem produkcji jest Joe Doucett, typowy przeciętniak, którego pospolitość twórcy nachalnie próbują wbić widzowi do głowy. Zbyt długie wprowadzenie pełne jest ostentacyjnych obrazków, akcentujących wady Doucetta. Pewnego razu spity do nieprzytomności bohater zostaje porwany i zamknięty w hotelowym pokoju. Przez najbliższe 20 lat nikt się do niego nie odezwie, nikt nie wyjaśni mu przyczyny porwania. W tym czasie pracuje nad sobą, przechodzi wewnętrzną przemianę i poprzysięga zemstę oprawcom. Gdy wreszcie wydostaje się na wolność, prawdziwa gra dopiero się rozpoczyna.

Dzieło Chan-wook Parka operowało zakręconą fabułą, mocno kontrowersyjną tematyką oraz dosadną brutalnością, które udało mu się przedstawić w melancholijnym stylu i z takim wdziękiem, że hipnotyzuje widza i wypuszcza go dopiero po napisach końcowych. Remake zaś może poszczycić się jedynie jeszcze silniej podkreśloną brutalnością, za to pozbawioną jakiejkolwiek finezji i większego sensu. O ile wyrywanie zębów w oryginale służyło za środek do celu, o tyle tutaj wydłużona scena tortur skierowana jest chyba wyłącznie do miłośników gore. Tam, gdzie Park był oszczędny, Lee wykłada wszystko na stół; gdzie u Koreańczyka potężną rolę odgrywały obraz i muzyka, u Lee nie ma nic. Od strony technicznej nowy Oldboy prezentuje się bowiem wyjątkowo niedbale, a muzyczna kompozycja Bañosa to bodaj najgorszy soundtrack filmowy tego roku. Ostatecznie poetycka, współczesna wariacja na temat greckich tragedii sprowadzona została do poziomu pełnej przemocy naparzanki, w której nawet finałowy twist nie oddaje dramatyzmu, poniżenia i przerażającego pesymizmu całości.

Brolinowi udała się rzadka sztuka. Stworzył bohatera, którego nie sposób polubić ani kibicować mu w jego dążeniu do zemsty. Wewnętrzna przemiana jego postaci nie dodaje mu charakteru ani żadnych pozytywnych cech. W jego ponurej twarzy, operującej jedynie grymasem złości, próżno szukać jakiegokolwiek wyrazu świadczącego o cierpieniu i determinacji do naprawienia błędów. Więcej należałoby oczekiwać po Sharlto Copleyu, który w tym roku zdążył już udowodnić, że potrafi stworzyć genialny czarny charakter (Elizjum). Trudno zarzucić mu coś od strony aktorskiej, stara się jak może, jego bohater jest jednak do bólu przestylizowany i wygładzony, to czysta forma pozbawiona głębi. Fajnie wypada na ekranie, ale to nie wystarczy, żeby o tej postaci dało się powiedzieć cokolwiek więcej. Na tym tle ciekawiej prezentuje się jak zwykle niezawodny Samuel L. Jackson. Nawet w roli poniżonej ofiary wypada lepiej od swojego oprawcy.

Spike Lee nie udaje, że to jego film jest najważniejszy. Niejednokrotnie słusznie oddaje hołd Parkowi mrugając do widza okiem poprzez drobne elementy kojarzone z oryginałem, takie jak skrzydła anioła, ośmiornica czy wreszcie skopiowanie legendarnej sceny walki w korytarzu. Jednak to zaledwie gadżety niezauważalne przez nowych widzów. Szkoda że Lee nie oddał hołdu Parkowi zwyczajnie tworząc dobre kino. Nowy Oldboy jest pretensjonalny w swojej nachalności, mizerny estetycznie i pozbawiony stylu, wreszcie tak bardzo sztuczny, że chyba nawet twórcy nie byli w stanie uwierzyć w opowiadaną przez siebie historię. Być może widzowie nieznający pierwowzoru spojrzą na obraz Spike’a Lee łaskawszym okiem, lecz nie uratuje go to raczej przed zasłużonym zapomnieniem.


blog comments powered by Disqus