"Kryzys to nasz pomysł" - recenzja wydania DVD filmu

Autor: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut
Korekta: Anna Ruszczak
20 czerwca 2016

Niezbyt smaczna kiełbasa wyborcza

 

Przygotujcie się na zakulisową historię o tym, jak wygląda marketing polityczny na najwyższych szczeblach władzy, jakimi nieczystymi metodami robi się „kiełbasę wyborczą” i o środkach, które prowadzą do celu. Chwila, jesteśmy przecież w Boliwii. Tutaj wszystko jest tanie: głębokie przesłania starożytnych myślicieli, metody, jakimi przygotowuje się kampanię, emocje pokazywane wyborcom do kamery czy wreszcie zwątpienie i odkupienie.

 

Choć pomysł z pozoru może wydawać się intrygujący, to reżyser David Gordon Green nie nakręcił filmu oryginalnego. Scenariusz Petera Straughana opiera się na dokumencie z 2005 roku autorstwa Rachel Boynton, również zatytułowanym Kryzys to nasz pomysł. Główny bohater, znany spin doktor Demokratów i główny pomysłodawca kampanii prezydenta Boliwii z 2002 roku, ożenił się ze swoją rywalką z branży, pracującą dla Republikanów. Co więcej, Green zmienił gwiazdę swojego filmu – rola Bullock została napisana dla George’a Clooneya. Można byłoby jeszcze mieć nadzieję, że z tej dziwnej mieszanki wyszła świetna czarna komedia polityczna, ale tak się nie stało. Dlaczego?

 

 

Oto styrana życiem, wypalona Jane „Calamity” Bodine, która kiedyś odnosiła sukces za sukcesem, ale po załamaniu nerwowym zaszyła się w leśnej chacie. Teraz ma zostać mózgiem kampanii wyborczej prawicowego kandydata na prezydenta Boliwii. Jej przeciwnikiem jest pracujący dla sztabu rywala Pat Candy (Billy Bob Thornton), z którym łączy ją wspólna przeszłość: zawodowa i osobista. Bohaterowie natychmiast skaczą sobie do gardeł i walczą zgodnie z zasadą „do celu po trupach”. Nie interesują ich ani poglądy kandydatów, ani losy kraju po wygranej. Liczy się tylko zwycięstwo.

 

Mocną stroną filmu jest pełna skrajnych emocji atmosfera w sztabie wyborczym w trakcie trwania kampanii, gdy słupki poparcia dla kandydata to idą w górę, to znów w dół. Bullock w roli antybohaterki sprawdza się świetnie, tworząc bardzo dobrą kreację cynicznej, niestabilnej emocjonalnie Jane, która zapytana o szczerość w swoim zawodzie odpowiada: „To ja mówię wyborcom, co jest prawdą, a co nie”. Thornton jako jej rywal i nemezis jest niemoralny, zepsuty i odpychająco uroczy. W zespole ekspertów Bodine zobaczymy także Anthony’ego Mackie, Ann Dowd i Scoota McNairy’ego, ale przez swoje wiernopoddańcze zachowanie nie budzą oni sympatii. Uroczy chłopak ze slumsów grany przez Reynaldo Pacheco, jak można się spodziewać, stanowi ucieleśnienie „głosu ludu”. Z kolei Joaquim de Almeida w roli byłego prezydenta Castillo, który ubiega się o ponowne zaufanie Boliwijczyków po piętnastu latach, jest równie sympatyczny i pełny empatii, co Władimir Putin – i zapewne dzieli z nim poglądy polityczne. W zmianie wizerunku i odzyskaniu zaufania wyborców pomaga mu Bodine, która przekonuje Boliwijczyków, że w kraju panuje kryzys i tylko odpowiednio silny prezydent może z nim walczyć.

 

 

Mimo najlepszych wysiłków Bullock nie jest w stanie wynieść filmu ponad poziom przewidywalnej komedii politycznej, która uderza w znane struny i wyhamowuje dokładnie tam, gdzie się tego spodziewamy. Widz otrzymuje kilka zabawnych scen, ale nic ponadto. Cynizm jest mimo wszystko zbyt łagodny, nieczysta gra zbyt niewinna, niemoralne pobudki zbyt wyważone, a w efekcie brakuje porządnego emocjonalnego kopa, który wstrząsnąłby widzem i zapadł mu w pamięć. Drażni w filmie także przepaść w kulturze politycznej, jaką ukazują twórcy. Z jednej strony bowiem otrzymujemy prymitywnie naiwną Boliwię, w której ulotki rozdawane na ulicy i żenujące reklamy telewizyjne przemawiają do wyborców, z drugiej wysublimowanych Amerykanów, doskonale zorientowanych w meandrach marketingu politycznego i kreowania wizerunku, przemądrzałych i sypiących jak z rękawa cytatami wielkich myślicieli. Ostatecznie Kryzys to nasz pomysł radzi sobie jedynie jako lekka komedia w bardzo dobrej obsadzie na jeden seans, a jeśli widz oczekuje więcej – zderzy się z murem nieszczerości (przepychanki i przerzucanie się cytatami ze Sztuki wojny Sun Tzu wydają się kompletnie oderwane od rzeczywistości sztabu wyborczego) i płytkich emocji, które od początku zamierzano wykpiwać. Nawet muzyka i montaż nie ratują obrazu: ta pierwsza, zbyt natrętna i momentami denerwująca, nie służy klimatowi; ten drugi, zbyt miękki i ciągły, nie buduje tempa nawet w dynamicznych scenach.

 

Gdyby Kryzys to nasz pomysł był mroczniejszy i pełny naprawdę brudnych, paskudnych zagrywek, moglibyśmy otrzymać porządną czarną komedię. Gdyby był bardziej szczery i ciepły, mógłby sprawdzić się jako niezły dramat. Niestety nie jest ani tak porażający w wymowie, ani bogaty emocjonalnie. Jako komedia polityczna traktuje ostatecznie o biedzie i korupcji, ale problemy te eksponuje poprzez ckliwe, nieszczere zakończenie, na jakie twórcy nie powinni sobie pozwolić. Wydaje się, że bohaterka wykorzystuje kryzys i rozpacz mieszkańców jako formę autoterapii, próbując poskładać swoje życie do kupy i dojść ze sobą do ładu. Jak kulą w płot trafia idealistyczne przesłanie, które widz odczuje jako nie na miejscu i niezasłużone. Najbardziej frustrująca jest jednak świadomość, że to mógłby być naprawdę świetny film, a jego twórcy nie skorzystali z dostępnych im możliwości i zaprzepaścili szansę. Postanowili zaserwować sentymentalną i przeciętną… kiełbasę wyborczą.

 

Polskie wydanie DVD jest wyjątkowo ubogie – wydawca zaoferował jedynie możliwość wyboru spośród trzech wersji udźwiękowienia (angielska, polska, turecka) oraz kilku wersji napisów, w tym oryginalnej, polskiej, ukraińskiej czy słoweńskiej. Ogromna szkoda, bo w przypadku tego filmu aż prosi się o możliwość wyboru najlepszych scen lub ciekawe dodatki, jak choćby te przybliżające dokument, który stał się bazą scenariusza.  

 



blog comments powered by Disqus