"Outcast: Opętanie" - recenzja premierowego odcinka serialu

Autor: Korni

Powtórka z rozrywki

Seans zapowiada się bardzo obiecująco – mamy przerażającą historię, świetne nazwiska w produkcji i czołówkę w stylu hitu telewizji Fox The Walking Dead. Pierwsze sceny serialu są mocne, jak uderzenie w skroń. Jest mrocznie, do bólu dosadnie. Niestety serial trzyma nas za gardło tylko przez kilkanaście pierwszych minut. Potem napięcie stopniowo opada i pojawia się nuta rozgoryczenia.

Robert Kirkman, znany twórca komiksów m.in. serii Żywe trupy, a także producent i scenarzysta jej telewizyjnej adaptacji, tym razem przedstawia nam z goła inną historię. Kyle Barnes (Patrick Fugit), nasz główny bohater, zmaga się z opętaniem bliskich mu osób. Po osobistej tragedii wraca do rodzinnego miasta i zaszywa się w starym, zaniedbanym domu. Pragnie spokoju i ukojenia swojego bólu, ale nie potrafi oprzeć się pokusie, by znów stanąć oko w oko z demonami. Szybko nadarza się ku temu okazja: w miasteczku dochodzi do opętania. Kyle postanawia pomóc wielebnemu Andersonowi (Philip Glenister), próbując przy tym odkryć przyczynę swojego naznaczenia.

Fabuła, podobnie jak w przypadku The Walking Dead, została oparta na komiksie autorstwa Kirkmana. Analogie między tymi dwoma produkcjami kończą się jednak na podobnej stylistyce czołówek (niepokojąca muzyka, zbliżenia na pozornie przypadkowe przedmioty). Nie mamy do czynienia z apokalipsą, choć koniec w pewnym wymiarze z pewnością jest bliski, a całym naszym światem jest jedna, niewielka miejscowość. Losy jego istnienia nie są rozłożone na kilka walczących o przetrwanie jednostek, ale spoczywają w rękach samotnego, zdziczałego mężczyzny. Mimo wiszącej w powietrzu atmosfery tajemnicy klimat serialu bardziej przypomina gęsty nastrój Detektywa, niż zaskakującą akcję w The Walking Dead.

Ten brak nieprzewidywalności to słabość serialu – już w pierwszym odcinku karty zostały dość jasno wyłożone na stół. Mimo, że bohaterowie mają potencjał i ich losy zostały dość ciekawie zarysowane, to widz nie pozostaje w poczuciu niedosytu, a szkoda. Losy tajemniczego Kyle’a są przedstawione na tyle konkretnie, że nie mamy wątpliwości, co do oceny jego postaci. Niedopowiedzenia dotyczące jego przeszłości na pewno dałyby większe pole do fabularnego manewru w następnych odcinkach. Jedynym nieodkrytym do końca wątkiem są losy jego adoptowanej siostry Megan (Wrenn Schmidt), która stara się ze wszystkich sił chronić Kyle’a, mając u niego dług z przeszłości.

Niestety, temat tytułowego opętania został poruszony dość standardowo. Zgodnie z deklaracjami producentów, widzowie powinni się spodziewać w tym obszarze nowatorskich pomysłów, a otrzymają dobrze znaną im kalkę. Demonicznych scen w serialu nie brakuje, ale zostały potraktowane po macoszemu. Nie zabraknie powielanych w każdym horrorze wygiętych ciał czy czarnych smolistych substancji, które mają obrazować złego ducha. Nie można jednak pominąć faktu, że pierwszy odcinek zaczął się bardzo obiecująco i mimo późniejszego spadku napięcia, jest nadzieja, że w następnych odsłonach klimat grozy i wyobraźnia twórców bardziej się rozkręcą.

Kiedy twórca ma na koncie tak udaną serię jak The Walking Dead i jego nowy serial jest zapowiedziany jako jeszcze lepszy, to widz może oczekiwać seansu, który go pochłonie. Miało być mocniej niż w przypadku zombiaków, niekonwencjonalnie i paraliżująco ze strachu, a wyszło intrygująco, ale bez polotu. Po zaledwie jednym odcinku trudno jednak nie liczyć, że te obietnice znajdą odzwierciedlenie w kolejnych epizodach.

Korekta: Dagmara Trembicka - Brzozowska


blog comments powered by Disqus