"Outcast: Opętanie" - recenzja pierwszego sezonu serialu

Outcast: Opętanie rozbudziło wielkie nadzieje widzów, oczekujących od nowej produkcji Roberta Kirkmana świetnego kina grozy. Czy twórcom udało się opętać widzów? Korni i Mateusz mają zupełnie inne zdanie na temat serialu. Zachęcamy do lektury naszego specjalnego dwugłosu!

Umiarkowane szaleństwo

Pierwszy odcinek serialu zapowiadał trzymającą w napięciu produkcję oraz doskonale wprowadzał w życie głównego bohatera. Sceny z premierowego epizodu mroziły krew w żyłach i mogły stać się przyczyną sennych koszmarów. Niestety, z każdą kolejną odsłoną Opętania akcja spowalniała, a widza coraz bardziej irytowała nieporadność Kyle’a.

Losy Kyle’a Barnesa to pasmo osobistych porażek i cierpień bliskich mu osób. Naznaczony przez dziwną, niezrozumiałą siłę potrafi pomagać opętanym, ale jednocześnie działa na zło jak magnes. Razem z wielebnym Andersonem rozpoczyna krucjatę przeciwko demonom. Akcja przeprowadza nas po domach kolejnych mieszkańców Rome, odkrywając skrywane przez nich tajemnice. Fabuła jest prowadzona jednak dość wolno, a wątki poboczne nie wnoszą niczego nowego i oddalają nas od głównej historii. Nie dostajemy odpowiedzi na pytania, które nasuwają nam się od pierwszego odcinka serialu: tajemnica Kyle’a zostaje nieodkryta, a niejasności wokół jego osoby piętrzą się z każdym kolejnym uzdrowionym opętanym. Co gorsza, spektakularnych scen samego opętania jest coraz mniej, a z ekranu zaczyna powiewać nudą.

Aktorsko serial nie zawodzi: duet dwóch poharatanych dusz nie jest nam obcy, ale zarówno Kyle (Patrick Fugit), jak i wielebny Anderson (Philip Glenister) są na tyle nietuzinkowym zespołem, że nie przeszkadza nam powtarzanie utartego motywu. Już w trzecim odcinku postać kaznodziei kradnie show głównemu bohaterowi, a jego bardziej przyziemne losy wydają się być o wiele ciekawsze, niż naszego wybrańca. Bardzo dobrym uzupełnieniem wypraw tych dwojga jest wątek przyjaciółki Kyle’a – Megan (Wrenn Schmidt). Jej demony nie mają nic wspólnego z paranormalnymi siłami i sprowadzają nas ciężko na ziemię, przypominając, że zło czai się na każdym kroku.

Zbyt wiele obietnic padło przed premierą produkcji, aby mógł on spełnić oczekiwania żądnego emocji widza. O ile technicznie i aktorsko serial daje radę, to niestety odwaga producentów opuściła ich zaraz po pierwszym odcinku. Co prawda zakończenie sezonu daje nadzieję, że kolejna transza zapewni nam więcej mrocznego klimatu, ale piętrzy także następne niejasności, a to staje się nużące. Outcast to dobry serial,  choć twórcę The Walking Dead po prostu stać na więcej.

Kornelia Mielczarek

Udane opętanie!

Początek był świetny. Twórcy Outcast: Opętanie zaszokowali widzów już w pierwszym odcinku, gdy główny bohater na oczach widzów brutalnie pobił dziecko (przed nim równie ciekawi przeciwnicy: młode kobiety i emerytki). Dowiedzieliśmy się również, że serialowi pogromcy zła walczą z bliżej nieokreślonymi siłami, które za wszelką cenę chcą „wyssać” Kyle’a (nie szukajmy w tym przypadku erotycznych podtekstów). Niestety, produkcja w dalszej części sezonu znacznie wytraciła swój początkowy impet…

Producenci serialu prawdopodobnie słyszeli kultowy cytat z Rejsu, że najbardziej kochamy piosenki, które znamy. Otrzymujemy zatem w Outcast pełną gamę schematów kina gatunkowego. Po raz kolejny obserwujemy opętanie, unoszenie się nad łóżkiem, przerażające babcie (widuję takie w okolicach kościołów), wymioty czarną breją i standardowe egzorcyzmy. Najgorszy jest jednak fakt, że właśnie tego nam… brakowało.

Outcast: Opętanie broni się przede wszystkim fantastycznym klimatem, charakterystyczną aurą tajemniczości (finał sezonu pozostawia widzów bez najważniejszych odpowiedzi), solidnie napisanymi postaciami, kontrowersyjnością oraz przede wszystkim ciekawym scenariuszem pozostawiającym niedosyt po każdym kolejnym odcinku.

Najnowsza produkcja FOX udowodniła, że horrory wciąż mają wiele do zaoferowania widzowi, który złakniony jest solidnego kina gatunkowego, niczym zombie świeżego mięska. Czy twórcom udało się opętać widzów? Tak! Już nie mogę doczekać się kolejnego sezonu!

Mateusz Michałek


blog comments powered by Disqus