Recenzja "Pacific Rim"

Autor: Hagath

W sieci wielokrotnie porównywano Pacific Rim do takich filmów jak Transformers czy Godzilla. Jest to jednak porównanie nie do końca trafne. Owszem, znajdziemy między tymi obrazami wiele elementów wspólnych, ale nowej produkcji Guillermo del Toro zdecydowanie bliżej jest do klimatu, poziomu i rozmachu Avengers.

Ludzie zawsze podejrzewali, że jeśli kiedykolwiek będę musieli przeżyć inwazję obcych istot, to nadejdzie ona z kosmosu. Okazuje się, że patrzyli w złą stronę. Pojawiła się rasa, która otworzyła portal między wymiarami, a jego wyjście znalazło się w głębinach Oceanu Spokojnego. Wielkie potwory, zwane z japońskiego Kaiju, przypuściły atak na przybrzeżne miasta. By je pokonać, cały świat się zjednoczył, a ludzie w ramach projektu Jaeger (z niem. myśliwy) zaczęli budować wielkie, potężne roboty, mające uchronić Ziemię przed totalną zagładą.

Oglądając kolejne zapowiedzi Pacific Rim można było przeczuwać, że będzie to hit. Wydaje się jednak, że, przynajmniej w Polsce, widzowie podeszli do tej produkcji z pewną dozą nieufności, jakby obawiając się, że nazwisko del Toro nie wystarczy, i czekali na pozytywne recenzje, zachęcające do pójścia do kina. Cóż, oto jedna z nich: Pacific Rim to na razie najlepszy blockbuster tego roku, przy którym blado wypada nawet sam Iron Man.

Jak było wspomniane na początku, Pacific Rim blisko jest do wysokiego poziomu Avengers. Mamy tutaj dużo akcji, niesamowicie dopracowane efekty specjalne, świetnych aktorów oraz pełen polotu humor. Ten film ma wszystko czego potrzebuje, żeby stać się hitem - chwilami naprawdę zapiera dech w piersiach. Szczególnie, jeśli ogląda się go na największych ekranach w Polsce w sieci kin IMAX.

Mocną stroną Pacific Rim jest niewątpliwie obsada. Każdy aktor, a co za tym idzie również każda postać, nie pozwala się nie lubić - no, może prócz Roberta Kazinsky’ego, ale jest to spowodowane jego irytującym bohaterem, a nie złym warsztatem odtwórcy roli. Można śmiało stwierdzić, że wszyscy stanęli na wysokości zadania. Wspaniale ze swojego zadania wywiązała się Rinko Kikuchi, która wcieliła się w pozornie słodką, ale przy tym niezwykle twardą i utalentowaną Mako Mori. Jej postać to promyk światła w mrocznej, wojennej rzeczywistości. Idris Elba z kolei po raz kolejny pokazał, że jest niezwykle utalentowanym aktorem – jego postać budzi respekt, szacunek, a chwilami także współczucie. Świetnie sprawdził się także Charlie Hunnam. Nie wolno w tym miejscu również zapomnieć o Charliem Day’u i Burnie Gormanie w rolach naukowców oraz Ronie Perlmanie jako przywódcy czarnego rynku w Hong-Kongu – ich postacie wniosły do filmu największą dawkę humoru. Ba, nawet aktorzy grający ledwie epizody (rosyjscy żołnierze!) przyciągają uwagę widza i nie pozwalają mu się nudzić.

Pacific Rim naprawdę powinno się oglądać w kinie - dopiero wtedy w pełni docenić można jego rozmach. Film na pewno zrobi świetne wrążenie także podczas odtwarzania z nośnika DVD lub BD, ale jednak na dużym ekranie możemy podziwiać w pełni ogromny zakres wyobraźni Guillermo del Toro oraz reszty ekipy filmowej. Każdy z wielkich robotów jest wyjątkowy, jego załoga również. Niesamowita dbałość o szczegóły chwilami naprawdę zaskakuje. Również same Kaiju zapierają dech w piersiach. Poszczególne potwory różnią się od siebie, mają inne moce i stanowią zróżnicowane zagrożenie. Za każdym razem, kiedy ludzie myślą, że już wychodzą na prostą, Kaiju pokazują, iż potrafią się dostosować do nowych wyzwań lepiej i szybciej, niż ktokolwiek mógł podejrzewać. Całości dopełnia niesamowita muzyka, idealnie komponująca się z poszczególnymi scenami walki.

Pacific Rim to wymarzona pozycja na lato: zapewni widzowi sporo rozrywki, nie zmęczy go, ale też nie zażenuje prostotą. Chociażby dlatego, że w odróżnieniu od wspomnianych Avengers, główni bohaterowie ponoszą chwilami naprawdę dotkliwe straty w ludziach… I już sam ten fakt świadczy o tym, iż Pacific Rim to blockbuster dość wyjątkowy. Pozostaje więc tylko zachęcić polskich widzów do przełamania nieufności względem tego filmu. Jeśli lubicie dobre, widowiskowe s.f. – na ten seans warto wydać swoje pieniądze, ponieważ Guilllermo del Toro ponownie pokazuje, że jest twórcą niebanalnym i godnym uwagi.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus