"Mój przyjaciel smok" - recenzja wydania DVD filmu

Autor: osti
Korekta: Aleksandra Wierzbińska
8 marca 2017

Jak wytresować dziecko

Smoki są popularnym tematem niemalże od zawsze. W średniowieczu straszono nimi dziewice i księżniczki, współcześni bajarze uderzają w nieco inne tony. Filmowcy bardzo chętnie pokazują nam smoki, które da się w jakiś sposób wytrenować, udomowić, albo chociaż z nimi pogadać (zanim nas zeżrą).

Disney w swojej kolejnej produkcji postanowił podążyć tropem ocieplania wizerunku skrzydlatych bestii rodem z opowiadań. Dla mnie każde wyobrażenie smoka, które nie pokazuje go jako wielkiego, nienaturalnie szybkiego i nieludzko inteligentnego gada, budzi wewnętrzny sprzeciw (zewnętrzny w zasadzie też, skoro o tym piszę...). Mając jednak świadomość, że obrazy Disneya skierowane są przede wszystkim do najmłodszych, podszedłem do Mojego przyjaciela smoka z otwartym sercem i umysłem.

Ideowo film stanowi lekkie wymieszanie koncepcji Tarzana, Księgi Dżungli i Jak wytresować smoka. Mamy tu więc małego chłopca, który w wyniku wypadku samochodowego traci rodziców i zostaje sam w leśnej głuszy. Pomocną dłoń (tudzież łapę) okazuje się wyciągnąć jedyna pokojowo nastawiona istota w okolicy – mowa oczywiście o tytułowym „potworze”. Smok Elliot bierze w opiekę chłopca – Pete'a – i tak zaczyna się ich trwająca 6 lat przygoda.

Jak w każdym filmie adresowanym głównie do dzieci, akcja toczy się szybko – nie wiem zresztą, czy przypadkiem nie za szybko. Postacie zarysowane są bardzo ogólnikowo, a tego, że łączą je jakieś głębsze relacje, widz bardziej się domyśla niż dowiaduje. Nawet stosunki między dwoma głównymi bohaterami są dość niejasne – wygląda na to, że przez cały czas życia w dziczy chłopak jedynie gonił się dla zabawy po lesie z tytułowym stworem...

Wspominałem o moim wyobrażeniu filmowego smoka – Elliot jest dokładnym zaprzeczeniem tej wizji. Wyglądem przypomina skrzyżowanie Falkora z Niekończącej się historii i Eda Sullivana z Potwory i spółka. Jest więc kudłaty i uroczy, a swoim zachowaniem kojarzy się z wiernym i lekko nierozgarniętym psiakiem. Posiada jednak cały wachlarz umiejętności – o ile zianie ogniem i latanie to klasyczne zagrywki dla gatunku, o tyle niewidzialność to już niezły bajer, którego niejeden smok może Elliotowi pozazdrościć.

Pewnym rozczarowaniem okazała się także obsada – do filmu zatrudniono kilka naprawdę głośnych nazwisk, ale niestety nie stanowi to gwarancji dobrej gry. Bryce Dallas Howard, Robert Redford i Karl Urban wykreowali postacie raczej bezbarwne i jednowymiarowe, jakby ze świadomością „spoko, to tylko film dla dzieciaków”. Na ich tle wyróżnił się bardzo wyraźnie Oakes Fegley – naprawdę można uwierzyć, że tak właśnie zachowywałoby się dziecko, które większą część swego życia spędziło w lesie, wychowane przez dziką bestię.

Mój przyjaciel smok to przede wszystkim historia o przyjaźni i miłości oraz o tym, co w życiu naprawdę ważne. Morał został podany nienachalnie, powiedziałbym wręcz, że twórcy mogli się pokusić o nieco silniejsze pogranie na emocjach. Opowieść o dziecku wychowanym przez słodkiego, puchatego stwora ma spory potencjał komediowy, który moim zdaniem w ogóle nie został wykorzystany – zaśmiać można się raptem przy jednej-dwóch scenach.

Wydanie DVD produkcji daje do zrozumienia, że film skierowany jest przede wszystkim dla młodszego pokolenia. Oprócz kilku zwiastunów, na płycie nie ma żadnych dodatków. Jest jednak opcja obejrzenia całości z polskimi napisami lub pełnym dubbingiem, który – tak jak w przypadku większości filmów z aktorami – jest raczej przeciętny i bez porównania do tego, co oferują nam animacje.

Kolejna produkcja Disneya utrzymuje poziom, do którego wytwórnia zdążyła nas już przyzwyczaić. Jest więc ładnie i kolorowo, efekty specjalne to oczywiście klasa światowa. Lekką historię opowiadają nam znani aktorzy, co jest oczywiście dodatkowym atutem. Uważam jednak, że w filmie zabrakło czegoś, co wyróżniłoby go na tle konkurencji. To tylko (i aż!) zgrabnie zmontowana przypowieść, z której radość czerpać powinni przede wszystkim mali widzowie.



blog comments powered by Disqus