Recenzja wydania DVD filmu "Pompeje"

Autor: Monika "Katriona" Doerre
Korekta: Hagath
11 lipca 2014

Paul W.S. Anderson to jeden z tych reżyserów, których produkcje budzą w odbiorcach skrajne emocje – jedni uważają, że tworzy widowiskowe, barwne dzieła z ciekawie nakreślonymi charakterami, inni natomiast wolą obejrzeć brazylijską telenowelę niż kolejny film niskich lotów jego autorstwa. Krytycy traktują jego pomysły z przymrużeniem oka, a absurd i kicz stały się znakiem rozpoznawczym angielskiego reżysera. Jedno jest jednak pewne – Anderson pragnie zapewnić widzom niezapomniane chwile, serwując im produkcje ociekające mocną kolorystyką, specyficznymi bohaterami i efekciarstwem rodem z gier wideo. W tym całym, bądź co bądź, tandetnym szaleństwie jest metoda. Na tyle chwytliwa, że sporo osób daje się złapać na przynętę stanowiącą kompilację kiczu i absurdu. Przecież samemu Quentinowi Tarantino zarzuca się kiczowatość. Czy to jednak wpływa na zmniejszenie się grona jego miłośników? Paul może nie jest drugim Tarantino, ale jego produkcje spełniają jedno podstawowe zadanie – zwracają na siebie uwagę. Najnowsze dzieło Andersona, Pompeje, to kolejny po Trzech muszkieterach czy Resident Evil przykład zabawy, jaką podejmuje reżyser z odbiorcą.

Rok 79, Milo wraz z kilkoma innymi gladiatorami trafia do Pompejów, gdzie ma stoczyć walkę na śmierć i życie ku uciesze zgromadzonej gawiedzi. To właśnie w drodze do tego miasta spotyka dziewczynę, w której zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Kiedy Wezuwiusz zaczyna się budzić, Milo podejmuje walkę z czasem – chce odnaleźć ukochaną i ocalić ją przed zgubą.

Pompeje są wprost przesiąknięte znanymi i utartymi motywami. I tak niewolnik zakochuje się w dziewczynie z dobrego domu, do tej antycznej love story reżyser dodaje jeszcze motyw zemsty, polityczne zawirowania, zepsutego do szpiku kości antagonistę i wielkie niebezpieczeństwo. Anderson nie stara się na siłę wzbogacić opowiadanej historii, bo to nie ona wysuwa się w tej produkcji na pierwsze miejsce, wszystko zostaje ograniczone do niezbędnego minimum. Fabuła stanowi bowiem tylko pretekst do pokazania efektownych scen walk gladiatorów. Wprawdzie daleko im do tych z serialu Spartakus, jednak i one wzbudzą zachwyt niejednego odbiorcy.

Widowiskowość to, obok kiczu i absurdu, główny wyznacznik produkcji Andersona – wystarczy przypomnieć sobie potyczki z hordą zombie w Resident Evil czy choćby flotyllę latających statków w Trzech muszkieterach. W najnowszym dziele reżysera nie tylko wspomniane wyżej walki gladiatorów stanowią prawdziwą ucztę dla miłośników scen wywołujących na rękach gęsią skórkę. Miasto pogrążone w chaosie, zniszczenia, jakie powoduje wybuch Wezuwiusza, wszechogarniająca panika – wszystko razem tworzy piękny i zarazem straszny obraz niszczycielskiej siły. Anderson rewelacyjnie poradził sobie z uchwyceniem tego momentu: zagubionych i przestraszonych ludzi, wszechobecnego pyłu, uderzających o ziemię kawałków rozgrzanych bomb wulkanicznych. Realizm bije z każdej sceny towarzyszącej wybuchowi.

Owszem, Anderson mógł poświęcić więcej uwagi rozbudowaniu wątku Mila i pogłębienia rysów psychologicznych postaci – zrezygnować z rażącego swą oczywistością podziału na pozytywnych i negatywnych bohaterów. Prawda jest jednak taka, że po filmach Andersona widz spodziewa się czegoś innego niż rozbudowana historia. Tutaj liczą się wybuchy, potyczki, dopracowane efekty specjalne. A tego nie można odmówić temu filmowi.

Kwintesencję produkcji oddaje menu główne płyty DVD – czarne, gęste chmury, w tle wielki niebezpieczny wulkan, do tego wszystkiego opadający pył wulkaniczny. Już sama oprawa graficzna płyty jest pewnego rodzaju zapowiedzią tego, czego widz może się spodziewać po dziele Andersona.

Pompeje to przerysowana, pełna przejaskrawień sytuacyjnych produkcja, której zarzuca się zbytnią infantylność. Jednak to właśnie te elementy wpływają na jej oryginalność i nietuzinkowość. Paul W.S. Anderson ma swój modus operandi, który konsekwentnie stosuje w każdym swoim filmie. Nie próbuje tworzyć pompatycznych, pełnych ukrytych przesłań dzieł, tylko lekkie w odbiorze produkcje, które zapewnią widzowi godziwą rozrywkę. I właśnie to gwarantują Pompeje – kiczowatą historię miłosną, którą niszczy wybuch wulkanu. Jednak ten kicz w ogóle nie razi, wręcz przeciwnie, stanowi element, bez którego film byłby kolejną historyczną produkcją o zagładzie. 

Przeczytaj również:

Jak powstawały Pompeje



blog comments powered by Disqus