Kinowe kłamstwo katyńskie

plakat filmu Kinowe kłamstwo katyńskie

Moją największą obawą, jaka poprzedzała premierę nowej produkcji Andrzeja Wajdy, była świadomość archaiczności formy, do jakiej mistrz zdążył nas przyzwyczaić. Oczywiście nie należy rozumieć tego w sposób pejoratywny - doskonały warsztat oscarowego reżysera ma wartość ponadczasową. Inna jest natomiast wrażliwość masowego odbiorcy, który wysublimowane ujęcia rodem polskiej szkoły filmowej traktuje jak szkolną lekturę: zna, ale nie zawsze docenia.

Polska kinematografia cierpi od dawna na pewną ułomność, która nie pozwala jej dojrzeć do sukcesów, jakie w gatunku dramatu wojennego osiągnęło już nie tylko kino amerykańskie, ale i europejskie (dowodem niech będzie chociażby, niedawny Wiatr buszujący w jęczmieniu). Tematyka cierpienia, bohaterstwa czy zbrodni popełnionych w czasach światowych konfliktów, rzadko kiedy wyrywała się u nas z męczących schematów postromantycznej stylistyki i wzniosłości. Taka wrażliwość była doskonałym doborem dla pokolenia łączącego się w wojennych doświadczeniach. Widz jednak się zmienił, a wraz z nim zmieniło się postrzeganie tamtych czarnych dni.

Dzisiejszy odbiorca kultury pojęcie wojny traktuje jako złe z definicji, a nie ze świadomości jej zła. I nie ma w tym nic niestosownego. Skoro jednak zmieniła się nasza wrażliwość, ewolucja powinna dotknąć sposób jakim obrazujemy wojnę wraz z całym jej bagażem okrucieństwa. Widz doświadczeń wojny nie zna, nie potrafi przywołać w sobie związanych z nią uczuć, więc pragnący przedstawić ją twórca, zmuszony jest to zrobić za widza. Zwłaszcza gdy owe uczucia i doświadczenia łączą się w nim samym.

Realizując Katyń Wajda miał chyba świadomość takiej potrzeby i do archaicznego już dzisiaj patosu stara się możliwie zdystansować. Efekt jest niestety mocno niedoskonały. Bo o ile nie odszukamy już filmie wzniosłych symboli z Popiołu i diamentu, to pewien prowadzący to arcydzieło ton, przebija się w najnowszym obrazie reżysera. Najgorsza jest jednak banalna jednowymiarowość obrazu.

Głównym problemem Katynia jest jego plakatowość. Wajda kręcił swój najnowszy obraz tak, jakby realizował jedną ze szkolnych lektur. Film nie opowiada właściwie o samej zbrodni - obrazuje ją jedynie w ostatniej i najlepszej ze scen. Wajda przedstawia nam na ekranie skromną paletę ikonicznych postaci - postaw, za pomocą których sili sie na społeczną analizę stosunku do katyńskiego mordu. I o ile w warstwie realizacyjnej Katyń ucieka od patosu, sympatyzując z bardziej współczesną stylistyka gatunku kina wojennego, o tyle w warstwie fabularnej wzniosłość aż męczy. Film ogromnie na tym traci, bo oglądający go widz dystansuje się wobec bohaterów, nie rozumie ich rozterek i wyborów. Przemykający po ekranie ludzie, których zbrodnia katyńska dotknęła osobiście, w rzeczywistości nie są niczym więcej jak wycinkami z literatury antycznej; tworami, których dylematy zrozumiałe byłyby w tragedii Sofoklesa, ale nie mają swojego życiowego urzeczywistnienia.

Mamy więc tu polską Antygonę, która na przeciw królowi chowa brata, mamy honorowych oficerów - patriotów, widzimy różne postawy żon tychże oficerów, z których jedna niczym Penelopa, z wiarą czeka na powrót umiłowanego, druga zaś z jego śmiercią się godzi. Z ekranu padają do nas marmurowe dialogi, a rzeczywistość, jakiej postawy by nie przybrała, trwa w niej nieporuszona i wierna swoim zasadom. Czy takie jest właśnie prawdzie życie? I do tego jeszcze, kłująca w oczy niekonsekwencja scenograficzna. Bo niestety większość widzów nie przyjrzy się dokładnie drobiazgowej rekonstrukcji starego Krakowa, ale bohater, który w warunkach więziennych wyjmuje z torby, niczym wyprany w Perwolu sweter, z pewnością wpadnie mu w oko.

Katyń jest więc dla mnie niczym więcej, jak próbą oszukania widza. Oszustwo jest bardzo proste: widz przez dwie godziny projekcji zagłębia się w świat plakatowych postaw, które choć atrakcyjne wizualnie, pozostają jednak jednowymiarowe. Tą część filmu ogląda się raczej bez emocji, czasami wzruszając lekko nad ludzką postawą, czasami delikatnie przerażając wyborem (choć przyznać trzeba, że większa w tym zasługa aktorów, niż scenariuszowego dopracowania). I kiedy koniec jest już bliski następuje kontrapunkt, tak silny w swoim wyrazie, że nieludzkim byłby tu brak reakcji. Znakomicie wyreżyserowana i bombardująca emocją scena egzekucji w lasku katyńskim jest prawdziwym majstersztykiem filmowym. Zagrało w niej niemal wszystko, każdy element, począwszy od zdjęć, przez perfekcyjny montaż i udźwiękowienie. Doskonałość tego przedstawienia umacnia się w momencie, kiedy niezainteresowany całością widz, całkowicie zmienia swoje spojrzenie na obraz. Zapomina o prawie dwugodzinnej, beznamiętnej plakatowości i przeżywa potężny szok emocjonalny. Scena się kończy, zapada ciemność. I pointa - pozaobrazowa, pozwalająca opaść emocjom, zamieniająca słaby film w prawdziwe epitafium.

Charakter, jaki odróżnia ostatnią filmową scenę od jego całości wręcz nie pozwala powiązać jej z pracą jednego reżysera. To jakby dwa obrazy na jednej ścianie wystawy, ale stworzone pędzlem różnych malarzy. Najwięcej widać tu chyba Pasikowskiego, który był zresztą autorem jej wersji scenariuszowej. Tak czy inaczej, filmowi wiele brakuje. Bo nie sposób ocenić dzieło pozytywnie, dlatego tylko, że skutecznie swoja niedoskonałość zamaskowało. Katyń wpisuje się niestety w ten rodzaj kina, który umiera z chwilą, gdy kończy się jego promocja. Lub nawet szybciej.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus