Rejs na nieco gorszym statku

plakat filmu Rejs na nieco gorszym statku

Trylogia filmów o przygodach cwanego Jacka Sparrowa przyjemnie odświeżyła podupadający gatunek kina przygodowego. Co ciekawe, pomimo wspaniałej widowiskowości dwóch pierwszych odsłon Piratów z Karaibów, podstawą sukcesu filmu nie były wcale, zapierające dech w piersiach, efekty audio-wizualne. Sukces zapewniła ciekawa konstrukcja scenariusza i genialna, niespotykana postać w kreacji aktorskiej Johny’ego Deppa. Na kapitana Jacka Sparrowa, z barwną paleta jego zachowań i gestów można patrzeć godzinami - charakteryzował on film decydując przy tym o jego oryginalności. Najnowsza część przygód załogi Czarnej perły, podnosi wartość wizualną trylogii - jest najbardziej ze wszystkich widowiskowa, przesiąknięta pracą animatorów komputerowych. Niestety jest też ze wszystkich najsłabsza, chociaż nie znaczy to, że nieciekawa.

Gore Verbinski popełnił tu dwa zasadnicze błędy. Po pierwsze, mocno przesycił film ilością wprowadzonych wątków do fabuły. Efektem jest obraz lekko męczący i trudny do ogarnięcia. Gubił się chyba i sam reżyser, bo momentami Piratom brak logiki - postaci wprowadzane są chaotycznie i niekiedy bezcelowo; podobnie jest z niektórymi wątkami (np. Kalipso). Udało się na szczęście zachować specyficzny, pełen humoru charakter obrazu. Na krańcu świata bawi do łez, jest to jednocześnie komizm subtelny, rzadko budowany przez gagi, a wynikający z doskonałej pracy aktorskiej i dobrego fundamentu w scenariuszu. Tak więc nasi znajomi piraci, nadal słowa prawdy nie mówią, dbając jedynie o swoje interesy i oszukując wszystkich dokoła. Niestety scenariusz ma tez kilka elementów niepotrzebnych, które nijak nie pasują do konwencji - tak jest choćby w przypadku scen, w których Jack Sparrow widzi i rozmawia z własnymi, podświadomymi kopiami.

Samą fabułę streścić jest ciężko, a wynika to właśnie z owego przesycenia. Upraszczając: oglądamy tu kontynuacje historii rozpoczętej Skrzynią umarlaka. Jest to więc film dla fanów całej trylogii, bo jeżeli część drugą ze spokojem dało się obejrzeć bez znajomości pierwszej, w tym przypadku nie ma to większego sensu. Ułożenie fabularne dwóch pierwszych odsłon przypominało nieco Powrót do przyszłości - znajomość poprzedniego filmu ubarwiała i wzbogacała odbiór następnego, nie będąc przy tym konieczną dla zrozumienia fabuły. Widz, który nie zaznajomił się wcześniej ze Skrzynką umarlaka, pogubi się przy najnowszej odsłonie Piratów już na samym początku.

Drugim błędem Verbinskiego, który czyni Na krańcu świata filmem gorszym od poprzednich, jest odsunięcie jakby w cień istoty jego sukcesu. Myślę tu o postaci Jacka Sparrowa. Oczywiście fabuła nadal opiera się o jego osobę - niestety przestał on być dla niej motorem napędowym. Jacka widzimy rzadziej i w innym już nieco świetle. Niknie gdzieś budowana tą postacią intryga, mniej jest arcyzabawnego kombinatorstwa pirata. Na pierwszy plan wychodzą Barbossa, znakomicie grany przez Geoffrey’a Rusha, i Elizabeth Swann (Keira Knightley). Cechy, które wyróżniały i determinowały Sparrowa rozdzielono tu pomiędzy wszystkie postacie, przez co staje się on mniej wyrazisty. Nie pomaga nawet niezmiennie genialna kreacja Deppa, który po raz kolejny potwierdza swój talent i charyzmę.

Istotne jest jednak to, że Na krańcu świata wypada nie tyle słabo jako film, ile jako jedna z części trylogii. Sam obraz ogląda się przyjemnie i dostarcza on sobą niemało rozrywki. Jest może nieco za długi i przez to zbyt rozwlekły, tym nie mniej ciekawie zamyka całą serię. Bo przy wszystkich wadach dzieła, jednej rzeczy zarzucić mu nie sposób. Film na pewno nie jest przewidywalny i trzyma przez to w napięciu. Samo zakończenie zaskoczy natomiast każdego widza.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus