"Power Rangers" - recenzja wydania DVD filmu

Autor: Adrian Warwas
Korekta: Marta Kononienko
1 grudnia 2017

Go Go…

Któż z nas w dzieciństwie nie chciał być czerwonym lub zielonym Wojownikiem Mocy? Mimo że sama produkcja wydawała się być kiepsko przemyślaną serią, to jednak zyskała z czasem wielu fanów. Dlatego też Hollywood – w myśl przenoszenia kultowych seriali na ekran kinowy, jak na przykład Drużyna A czy ostatnio Baywatch. Słoneczny patrol – postanowiło na nowo opowiedzieć historię Power Rangers. Czy im się udało? – to zależy.

To całkiem dobrze przemyślany origin story, który rozpoczyna się jeszcze w… erze kenozoicznej. Konflikt między ówczesnymi Rangersami a Ritą nasila się do tego stopnia, że drużyna zostaje całkowicie zdziesiątkowana. Akcja przenosi się do współczesności, a twórcy serwują nam zarys głównych postaci, którzy dopiero muszą dojrzeć do swoich decyzji. Jako młodzi gniewni z miasteczka Angel Grove są niepokorni i niezbyt skłonni do zmian. Szczególnie kiedy mają ratować świat, którego koniec ma nastąpić za jedenaście dni. Jakby im mało było swoich problemów, muszą jeszcze przejmować się jakąś wariatką zbierającą złote przedmioty i gadającą głową w podziemnym statku kosmicznym…

Rozczarowani mogą poczuć się fani oryginalnych seriali, które niegdyś były nadawane w polskiej telewizji. Dla nich nowi Power Rangers mogą się wydać zupełnie obcym i dziwnym filmem science fiction – bez głębi dawnego przekazu czy nawet krzty kiczu, na jakim przecież oparty był format. Pozostały poniekąd znane nazwy i imiona (Alfa 5, Kitowcy, Zordy, Goldar), ale gdzieś zagubiono się w pokazaniu tego, co naprawdę istotne. Trochę tak jak to było z produkcją Dragonball: Ewolucja.

Muzyka w filmie Deana Israelite’a jest znacząca. Jednakże pojawienie się legendarnego theme music w pewnej scenie na kilka sekund całkowicie burzy hierarchię. Z jednej strony przyprawi nas to o uśmiech na twarzy i miłe wspomnienia z czasów dzieciństwa. Z drugiej zaś uznacie, że nijak ma się to do nowo przedstawionej historii.

Wydaje się, że najsilniejszym i zarazem najjaśniejszym punktem w całej opowieści jest jednak czarny charakter w postaci Rity Repulsy (świetna Elizabeth Banks). Jej przedstawienie i chęć zemsty stają się główną osią fabuły. Niestety, gdzieś ginie w tym wszystkim tytułowa ekipa, chociaż najwięcej czasu twórcy poświęcają Jasonowi, czyli Czerwonemu Rangerowi (w tej roli Dacre Montgomery). Z kolei udział Bryana Cranstona w roli Zordona jest niewielki i nad wyraz spodziewany. Przecież jest dawnym wojownikiem, który teraz pragnie przekazać obowiązki następcom.

Film Israelite’a został wydany w Polsce na DVD przez Monolith Video. Produkcja nie zawiera polskiego lektora, ale za to są polskie napisy i dubbing. W przypadku tej ostatniej opcji głosowej, to jedna z ostatnich możliwości usłyszenia zmarłego nie tak dawno Andrzeja Blumenfelda – w roli Zordona. Dodatki mogą jednak rozczarować, ponieważ nie mają nic wspólnego z Wojownikami Mocy. Znajdziecie tam jedynie zwiastuny filmu kinowego (American Assassin) oraz innych produkcji wydanych na DVD (Dron, Kolacja, Monstrum, Latynoski ogier czy Zaginione miasto Z). Z kolei dołączona książeczka jest obszerna (ponad dwadzieścia dwie strony) i bogata w opisy postaci, historii oryginalnych Wojowników, pierwszych kroków w powstawaniu serialu i nie tylko.

Ponad dwugodzinny seans minie Wam pod znakiem czystej rozrywki z cyklu od zera do bohatera – nawet jeśli nie odczujecie nostalgii. Nie zapomnijcie też o specjalnej scenie po napisach!



blog comments powered by Disqus