"Power Rangers" - recenzja filmu

Ile cukru w cukrze?

Zacznę bez ogródek: jako film najnowsi Power Rangers zasłużyli najwyżej na 5/10. Ale jako reboot serii o walecznych nastolatkach biegających w spandeksie i ratujących ziemię przed gumowymi potworami z mackami – tu należy się 9/10. Film był raczej słaby, ale bawiłam się świetnie i na pewno pójdę na część drugą (w sumie już nie mogę się doczekać)!

Fabularnie dostajemy dokładnie to, czego spodziewaliśmy się po tej produkcji: piątka nieprzystających do społeczności małego miasteczka nastolatków przypadkiem odkrywa „monety mocy”, zostaje wybrana jako Power Rangers i musi pokonać zagrażającą planecie Ritę Repulsę (w wersji polskiej Odrazę), która chce zdobyć kryształ  o potężnej mocy, ukryty pod ulicami spokojnej mieściny. Oczywiście nie pójdzie łatwo i nasi bohaterowie muszą najpierw pokonać trudności i zawiązać przyjaźń.

Mało oryginalnie, ale hej, to reboot serii sprzed 24 lat i zakorzenionej w kulturze popularnej niemal tak, jak Powrót do przyszłości. Twórcy postawili na przywrócenie do życia dawnych postaci: Jasona, Trini, Kimberly, Zacka i Billy’ego, ale w zupełnie nowej odsłonie. Każdy z bohaterów to nastolatek z autentycznymi, poważnymi problemami, przykładowo Billy to czarnoskóry chłopak ze zdiagnozowanym spektrum autyzmu, którego ojciec zginął kilka lat wcześniej w wypadku w kopalni. Oczywiście nie ma tu mowy o głębokiej analizie psychologicznej postaci czy tworzeniu wątku obyczajowego na dużą skalę: po rozbudowanej ekspozycji bohaterowie wpadają (dosłownie) w sam środek problemów z Ritą w tle. Mają zaledwie kilkanaście dni, by się poznać, nauczyć współpracy, zaufać sobie i… uratować świat.

Sporo w tym filmie nielogiczności. Nie wiemy, dlaczego akurat tyle czasu nowi Power Rangersi dostali na trening, nie wiemy, dlaczego Rita spoczywała na dnie oceanu przez 65 milionów lat (!) czy jakim cudem gigantyczny potwór Goldar ze złota powstał z paru łańcuszków i resztek kruszcu w zamkniętej kopalni. Ani skąd wziął się byk w szatni drużyny futbolowej (serio). Nie wspomnę już o sytuacji, w której pojawił się Megazord, bo jest po prostu kuriozalna.

Sporo tu też źle zrobionych efektów i słabego aktorstwa. Zordy są OK poza czarnym, który przypomina kupę metalu na nogach, a nie konkretne zwierzę (chociaż innym udaje się zachować formę odpowiednich wymarłych stworów). Kitowców w sumie nie ma i przypominają kupki gruzu. W momencie, w którym bohaterowie prawie giną, gra aktorska kojarzy się z niekoniecznie dobrym porno. Było też parę żenujących momentów, które wywołały u moich kinowych sąsiadów westchnienie „tego się nie da oglądać…”.

Jednocześnie bawiłam się na tym filmie świetnie. To była wspaniała sentymentalna wycieczka do czasów, gdy po każdym podwórku biegała grupa Power Rangersów. Postaci zyskały w końcu charaktery oparty na czymś więcej niż 2-3 atrybutach, twórcy pobawili się nieco kliszami, a część dowcipów była autentycznie zabawna i skierowana do dorosłych odbiorców. W pewnym momencie pojawił się nawet motyw muzyczny znany z oryginalnej serii, co było przemiłym ukłonem w stronę starszych widzów. No i cameo Amy Jo Johnson – także mrugnięcie do starych fanów.

Filmy Power Rangers nigdy nie stały na wysokim poziomie (podobnie jak te o Żółwiach Ninja), jednak miały w sobie urok i prostotę. W nowej produkcji w reżyserii Deana Israelite’a znajdziemy to samo, ale podbite mroczniejszą atmosferą, nieco mniej obciachowymi potworami, świetnie zagraną Ritą Repulsą (w tej roli Elizabeth Banks), lepszą muzyką i ciekawszymi postaciami. Fabuła nadal jest – delikatnie mówiąc – niewymagająca, ale hej – idąc do kina na ten film chyba wiemy, czego się spodziewać?

To nie jest dobry film, ale polecam go gorąco. Jeśli nie jesteście bardzo wrażliwi na niedostatki scenariusza i nie szukacie głębokiej, skomplikowanej historii, a o pierwotnym serialu macie jakieś pojęcie, zapewne będziecie się na nim bawić tak dobrze, jak ja.

Korekta: Aleksandra Wierzbińska

Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus