Brak łotrzykowskiego błysku

We współczesnym kinie komercyjnym (poza pewnymi wyjątkami) wyróżnić można zasadnicze dwa nurty: złe filmy, które się źle ogląda i złe filmy, które ogląda się dobrze, by nazajutrz być kompletnie wypranym z jakichkolwiek wspomnień na ich temat. Książę Persji. Piaski czasu to przypadek tego drugiego rodzaju.

Firmowana nazwiskiem Jerry'ego Bruckenheimera produkcja studia Disneya w reklamowym haśle odwołuje się do dziedzictwa, wyprodukowanych również przez niego, Piratów z Karaibów. Jednak filmowi Mike'a Newella daleko do błyskotliwej trylogii Gore Verbinskiego, której na moment udało wskrzesić się w Hollywood mit "kina nowej przygody". Choć Jake Gyllenhaal dwoi się i troi, to zdecydowanie brak mu łotrzykowskiego błysku, którym emanował John Depp w roli kapitana Jacka Sparrowa. Podobnie jest z towarzyszącymi mu: Gemmą Arterton i Benem Kingsleyem, których postaci są ledwie cieniami ich odpowiedników z pokładu Czarnej Perły.

Książę Persji stanowi bowiem jedynie mało udaną wypadkową szeregu kinowych klisz, którą przed ostatecznym wrzuceniem do jednego worka z Indy-podobnymi filmami w stylu Mumii czy Króla Skorpionów, ratuje łatwość z jaką przyswaja się tę ekranową opowiastkę. Bo choć intryga jest nawet nie prosta lecz prostacka, to trwające niecałe dwie godziny Piaski czasu na szczęście nie chrzęszczą  zbyt głośno między zębami oglądającego. Dzierżący klucz do disneyowskiego sejfu Bruckenheimer od dawna hołduje zasadzie trzech popcornowych Z - Zjeść, Zobaczyć, Zapomnieć - i tylko z rzadka udaje mu się wyprodukować coś ponad tę miarę. Nie tym razem.


blog comments powered by Disqus