Recenzja filmu "Labirynt"

Sezon na thrillery trwa w najlepsze. Minął już czas letnich superbohaterów, robotów czy głupich komedii, w kinach pojawiają się za to coraz bardziej błyskotliwe i niejednoznaczne historie. Po zaskakująco kiepskiej Paranoi przyszła pora na ciekawiej zapowiadający się Labirynt, który w przeciwieństwie do swojego poprzednika zachwyca zarówno zaskakującą oraz wciągającą treścią, jak i niezwykłą, mroczną  formą.

Sześcioletnia córka Kellera Dovera (Hugh Jackman) i jej koleżanka zostają uprowadzone. Policja zatrzymuje podejrzanego o przestępstwo Alexa (Paul Dano), lecz z braku dowodów wypuszcza chłopaka na wolność. W winę Alexa nie wierzy młody, zdolny funkcjonariusz Loki (Jake Gyllenhaal), który uważa, że okoliczności porwania były co najmniej tajemnicze. Ojciec uprowadzonej dziewczynki, zirytowany brakiem postępów w akcji poszukiwawczej, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i porywa domniemanego sprawcę.

Labirynt zaskakuje przede wszystkim doskonałym, intrygującym scenariuszem, pełnym niedopowiedzeń, mylnych tropów, zaskakujących zwrotów akcji oraz atmosfery grozy. Twórcy doskonale przeprowadzają widza przez kolejne etapy intrygi, która ze sceny na scenę zatacza coraz szersze kręgi. Przez cały seans jesteśmy obserwatorami wydarzeń rozgrywających się w mieście, gdzie każdy może być przestępcą, a z szaf wypadają trupy. To dosyć znamienne dla twórców, którzy umiejętnie mylą tropy, tworzą aurę tajemniczości poprzez przedstawienie sprzecznych rozwiązań oraz fabularnych niedopowiedzeń. Przez większość czasu uważamy, że wszystkie elementy intrygi (dzieciństwo Lokiego, ojciec Kellera, porwanie Barry’ego czy historia Alexa) są istotne, tworzą artystyczną mozaikę. Wiele z wątków jest jednak wyłącznie mylnym tropem, elementem wydłużającym film i (niestety) uniemożliwiającym poznanie motywacji głównych bohaterów. Zaletą Labiryntu są wyważone i ograniczone do minimum dialogi, będące w znacznym stopniu preludium do głównego elementu fabularnej układanki. Scenarzyści nie silą się na pełne patosu frazesy, wypowiedzi stanowią raczej realistyczny wykładnik uczuć i wewnętrznych rozterek postaci.

Niemal każdy bohater obrazu Villeneuve’a ma coś na sumieniu. Jedna chwila potrafi uwolnić skrywane w ich duszach demony. Nikt nie jest tu niewinny, a zaprezentowanych postaci z pewnością nie należy rozpatrywać jako czarno-białych. Filmowy świat Labiryntu w pewien sposób przypomina Sin City, zamieszkiwane przez brutalnego policjanta, księdza mordercę, biznesmana erotomana, religijnego psychopatę czy pedofila z sąsiedztwa. Reżyser umiejętnie i z rozwagą odkrywa swoje asy. Przedstawia widzom dobrego ojca z zasadami, w sytuacji zagrożenia zmieniającego się w bezwzględnego i brutalnego bandziora oraz jego sąsiada niepotrafiącego przezwyciężyć swojej bariery moralności. Równie ciekawa jest postać błyskotliwego Lokiego, będącego miksem dobrego i złego policjanta.

Szczególnie interesującym elementem produkcji jest jej niezwykły klimat, pełen napięcia, atmosfery grozy i mroku. Twórcy w charakterystyczny dla gatunku sposób budują kolejne etapy straszenia widza, doprowadzają go do zadawania  sobie i towarzyszom licznych pytań. Większość wymyślonych przez obserwatora teorii ostatecznie okazuje się mylnych, przez co finał jest szczególnie zaskakujący.

Na szczególną uwagę w omawianym filmie zasługują doskonałe kreacje aktorskie, w których prym wiodą wybitni Hugh Jackman i Jake Gyllenhaal. Pierwszy z nich w Labiryncie tworzy prawdopodobnie najciekawszą kreację w swojej karierze, przyćmiewającą nawet występ aktora w roli Wolverine. Protagonista, grany przez gwiazdora w charakterystyczny dla amerykańskiego kina sposób, przechodzi metamorfozę ze stoickiego ślusarza w brudnego Harry’ego. Jackman z pasją i zaangażowaniem tworzy postać zaślepionego nienawiścią głównego bohatera, obłąkanego w swym przekonaniu o winie Alexa. Aktor opiera swój kunszt przede wszystkim na sile przeżyć wewnętrznych Kellera pogrążonego w depresji, poczuciu bezsilności i rozpaczy, odreagowującego emocje na porwanym. Równie ciekawie prezentuje się Jake Gyllenhaal w roli twardego policjanta, skrywającego mroczne tajemnicę z przeszłości. Ich wspólne sceny stanowią prawdopodobnie największy atut produkcji.

Są filmy, których tytuł zapominamy już kilka tygodni po seansie oraz obrazy na długo zapadające w pamięć widza. Labirynt Villeneuve’a trudno wyrzucić z głowy. Obraz wyróżnia się na tle jesiennych propozycji doskonałą, gęstą intrygą, zaskakującymi zwrotami akcji i wybitnym aktorstwem. Twórcom należą się brawa przede wszystkim za stworzenie błyskotliwej rozrywki intelektualnej, wymagającej od widza kreowania kolejnych spekulacji dotyczących zarówno sprawcy porwania, losu córki Kellera czy możliwego finału. To wszystko sprawia, że omawiana produkcja to zdecydowanie najciekawsza kinowa propozycja ostatnich miesięcy.

Wejdź i ukończ „Labirynt”, bo na prawdę warto!


blog comments powered by Disqus