Sami współcześnie swoi

Nowy film Sylwestra Chęcińskiego powstał na bazie rozważań o współczesnej wersji Samych Swoich. Próba analizy jak dziś wyglądaliby ludzie z pamiętnej trylogii o losach Karguli i Pawlaków, jakie mieliby życie i jak się zachowywali stworzyła obraz wspaniały. Przybyli ułani to film niemal formanowski - ciepły, zabawny, a zarazem przejmująco smutny we wnioskach o współczesnej Polsce.

W popegieerowskiej gminie Osiek odbyć się ma wielkie święto - rocznica wyzwolenia miejscowości z rąk bolszewików w 1920 roku. Wójt zaprosił już posła, biskupa, odsłonięta ma zostać tablica pamiątkowa. Potrzebny jest jednak weteran tamtych walk - on powinien przecież przeciąć wstęgę. Tylko skąd wziąć dziś weterana wojny 1920 roku? Z pomocą wójtowi przychodzi wiejski sklepikarz, który za załatwienie koncesji na sprzedaż alkoholu zobowiązuje się załatwić weterana.

Opis fabuły niezbyt zachęca. Jednak zrealizowany w telewizyjnej serii Święta polskie, nowy film Chęcińskiego to kino naprawdę urzekające. Nie ma tu niepotrzebnych scen i ujęć, nie ma postaci o hamletowskich dylematach. Są za to ludzie prawdziwi, współcześni; są nasze współczesne, zwyczajne problemy, dylematy, są porażki. Reżyser traktuje swoich bohaterów z wrażliwością charakterystyczną dla czeskiej, nowej fali. Z uśmiechem oglądamy zachowania pospolitych charakterów, które z różnych powodów wyprzedają własną tradycję i wartości, by w finale przywitać się ze smutną prawdą o nas samych. Przybyli ułani to kino przyjemne, ale i mądre zarazem. To kino komediowe, ale w efekcie końcowym prawdziwie smutne. I to właśnie odróżnia „nowych Karguli i Pawlaków” od ich pierwowzorów sprzed 40 lat.

Przybyli ułani to także świetne aktorstwo. Począwszy od głównej pary (Zamachowski, Preis) oglądamy tu prawdziwą gamę porządnych kreacji. I być może nie są to role potężne, monumentalne - aktorzy wcielają się bowiem w postacie typowe - wiele jest w nich jednak szczerości i u roku, wiele ciepła.

Jedynym elementem, który w filmie można oceniać krytycznie to strona techniczna. Film stworzony został na potrzeby telewizji i nie dokonano transferu kopii na taśmę filmową. Kest to niestety prawda bardzo bolesna. Spotkałem na gdyńskim festiwalu znajomą działaczkę czeskiej kinematografii, której brak odpowiedniego nośnika uniemożliwił pokazy filmu dla tamtejszej publiczności. Przykre? Raczej oburzające, ponieważ Ułanami, którzy przybyli za sprawą Sylwestra Chęcińskiego powinniśmy i moglibyśmy się chwalić.


blog comments powered by Disqus