Przyzwoita porcja strachu

plakat filmu Przyzwoita porcja strachu

Hasło "wojna we Wietnamie" przywołuje w głowie mnóstwo różnych filmowych obrazów: sceny zrucania napalmu, partyzantów Vietcongu, amerykańskie helikoptery "tańczące na niebie" do taktów Cwałowania Walkirii Wagnera, antywojenne demonstracje i rzędy białych krzyży znaczące miejsce pochówku tych, którzy polegli. Mówiąc o wietnamskim konflkicie automatycznie myślimy o Amerykanach walczących z Demokratyczną Republiką Wietnamu wspomaganą przez Rosjan i inne kraje socjalistyczne. Udział wojsk innych państw ówczesnej "koalicji antykomunistycznej" jest tu najczęściej pomijany ze względu na swoją marginalność - być może podobnie będzie za 20 lat - kiedy w rozmowach o dzisiejszej okupacji Iraku też mało kto wspomni Polaków czy Japończyków, wszyscy natomiast pamiętać będą US Army. Nie zmienia to jednak faktu, że konflikt wietnamski zaangażowane były także wojska Australii, Nowej Zelandii, Tajlandii, Filipin i Korei Południowej.

Zrealizowany przez Kong Su-changa R-Point to właśnie historia grupy żołnierzy południowokoreańskich, którzy mają za zadanie zlokalizować źródło tajemniczych komunikatów nadawanych przez oddziały, które jakiś czas temu zaginęły w akcji i, jeśli to możliwe, sprowadzić zaginionych z powrotem. Oddział dowodzony przez porucznika Choi Tae-in to ludzie naznaczeni piętnem wojny, zdeterminowani, żyjący w strachu i marzący o powrocie do domu. Reżyser z minuty na minutę konsekwentnie rozbuduje mroczną atmosferę obrazu, zagęszczając materię filmu, który z wojennej opowieści powoli staje się kinem grozy. Zagubienie w dżungli - wśród drzew, które wyglądają prawie tak samo, ciągłe wypatrywanie wrogich partyzantów i wieczne poczucie czyjegoś wzroku na plecach - te typowe wojenne lęki zostają wzbogacone o nowe znaczenia poprzez zasugerowanie widzomzaangażowania ze strony sił nadprzyrodzonych. Bohaterowie stają się bowiem ofiarą klątwy, która dotknąć ma wszystkich tych, którzy mają na rękach krew swoich bliźnich. Tytułowy R-Point - pradawne miejsce kultu i cmentarz staje się dla nich piekłem w biblijnym znaczeniu tego słowa.

Na ile zachodzące wydarzenia rozgrywają się naprawdę, a na ile są wytworem zdruzgotanych wojną umysłów to kwestia, którą reżyser pozostawia otwartą w myśl zasady "chcecie wierzcie, lub nie wierzcie, choć i tak już zapewne wiecie, że i w filmach i wśród ludzi, różne strachy są na świecie" obudowując promocję filmu mnóstwem materiałów sugrujących, iż mamy do czynienia z próbą rekonstrukcji historii, która wydarzyła się naprawdę.

Pojawiające się gdzie niegdzie głosy przyrównujące obraz Kong Su-changa do Czasu Apokalipsy Francisa Forda Coppoli.są zdecydowanie opiniami na wyrost, niemniej jednak, poprzez umiejętne wykorzystanie posiadanych środków, koreańskiemu reżyserowi udało się zbudować oryginalny, trzymający w napięciu film. Przyzwoita porcja strachu w sam raz na wiosenne popołudnie.


blog comments powered by Disqus