Powrót legendy

Rambo – słowo klucz. Nazwisko fikcyjnego weterana wojny w Wietnamie, stworzonego w 1972 roku przez kanadyjskiego pisarza Davida Morrella, stało się niemal synonimem filmu akcji osadzonego w wojennych realiach. Stało się tak nie tylko za sprawą popularności Sylvestra Stallone, który w latach osiemdziesiątych trzykrotnie wcielił się w tę postać, ale też i nastrojów społecznych panujących w tamtych latach w USA. Postać Rambo próbował sobie przywłaszczyć nawet rząd Ronalda Reagana, jako swoisty medykament na narodową traumę powietnamską.

Stallone, który zdecydował się po dwudziestu latach od premiery trzeciej części Rambo powrócić do postaci, która dała mu światową sławę, stanął przed zadaniem trudniejszym niż by się mogło wydawać. Minęły lata osiemdziesiąte, a wraz z nimi pięć minut chwały obrazów pokroju Rambo. Jak więc odnalazł się w dwudziestym pierwszym wieku swoisty kinematograficzny relikt? Odpowiedź brzmi: idealnie. John Rambo nie mógł wybrać lepszego miejsca i czasu, by wrócić do akcji.

Film otwierają autentyczne sceny ze strefy wojny, którą aktualnie jest Birma, co może być wizualnym szokiem dla widza nie przyzwyczajonego do epatujących przemocą obrazów. Stallone bezkompromisowo traktuje w swoim filmie śmierć i przemoc, pokazując ją w całej jej dosłowności i okrucieństwie, nie ważne czy narzędziem do tego użytym jest dokumentalny materiał, czy też fikcyjny scenariusz realizowany przez niego na ekranie. Po początkowej sekwencji daje się słyszeć słynny już motyw muzyczny, a znajoma czcionka krzyczy JOHN RAMBO. Nie aktorstwo, nie fabuła i nie efekty specjalne są nośnikiem tego filmu i Stallone doskonale zdaje sobie z tego sprawę, wykorzystując do granic możliwości legendę i magię nazwiska postaci przez niego kreowanej.

Fabuła najnowszej części kultowej sagi jest prosta: John Rambo, teraz zajmujący się polowaniem na kobry i pytony gdzieś na granicy Tajlandii z Birmą, poproszony zostaje przez grupę chrześcijańskich misjonarzy o przetransportowanie ich w górę rzeki, do ogarniętej wojną części Birmy. Po krótkich negocjacjach, Rambo ulega prośbom i zgodnie z umową, zabiera grupkę ludzi w miejsce ich przeznaczenia. Kłopoty zaczynają się, gdy wioska, w której stacjonują, zostaje spacyfikowana przez wojsko, a misjonarze schwytani. Tutaj zaczyna się rola tytułowego weterana, któremu przyjdzie odbić Amerykanów z rąk bezlitosnych żołnierzy.

Tym razem Rambo nie będzie działał w pojedynkę. Na akcję zostaje wysłana także grupka najemników, podobnych jemu fascynatów broni, ognia i walki. Tym samym John Rambo wraz z czwartym filmem przestaje być jednoosobową armią wkraczającą z obnażonym torsem wprost w środek obozowiska wroga. Stallone podjął się trudnej próby odbrązowienia postaci Rambo, odmitologizowując znanego do tej pory superbohatera rodem z komiksu. John Rambo dwudziestego pierwszego wieku to człowiek, który nie wierzy już w żadne ideały, nie walczy ani dla górnolotnych słów, ani powodowany współczuciem dla cierpiących. Wielokrotnie w filmie Stallone podkreśla, że Rambo to przede wszystkim żołnierz, który nie umie inaczej funkcjonować niż lawirując między lecącymi kulami; dopiero zabijając czuje się sobą. Tak jak ci, przeciwko którym walczy. Nie oznacza to jednak, że zerwano z dychotomią dobrzy - źli. Czyny protagonisty są oczywiście usprawiedliwione przez cel wyższy.

Nowy Rambo nie zagłębia się jednak w psychikę bohatera, jest filmem akcji i w takich kategoriach należy go rozpatrywać. I nie da się w tej kwestii filmowi nic zarzucić. John Rambo utrzymuję dynamikę poprzednich części, a akcja wydaje się być tylko przeplatana dialogami. Na ekranie dominują wybuchy, strzały, pościgi i akcje dywersyjne. A także sadystyczne gierki birmańskich wojskowych ze złapanymi cywilami. Ponadto Stallone z lubością celebruje atrybuty głównego bohatera, eksponowane w poprzednich częściach cyklu – bojowy łuk, opaskę na czoło, nieodłączną broń białą (tym razem jest to coś w rodzaju maczety). Legenda przedłuża swój żywot o kolejny film.

Wniosek wyciągnięty po obejrzeniu opisywanego obrazu nie nastraja jednak optymistycznie. Wynikałoby z przebiegu akcji, że tylko bezpośrednie brutalne działanie i posługiwanie się tymi samymi metodami co oprawca, prowadzi do zwycięstwa - mimo wszystko okupionego kolejnymi ofiarami. Stallone zaznacza, że ani krzyż, ani próba pokojowego niesienia pomocy nie jest w stanie zastąpić argumentu rozumianego przez wszystkich – siły. Jest to jednak akcent gorzki zapewne również w zamierzeniu twórcy. Seria Rambo wraz z tym filmem przestała być lekka, łatwa i przyjemna. Oczywiście, nadal jest to kino akcji w czystej postaci, lecz zaangażowane społecznie i nie prowadzące widza do zakończenia kinowego seansu z uśmiechem na twarzy.


blog comments powered by Disqus