Epicki banał

plakat filmu Epicki banał

Trzy Królestwa to pozycja obowiązkowa... niestety wyłącznie dla miłośników batalistycznych rekonstrukcji. Skupiając się na kreacji bitwy pod Czerwonym Klifem „generał” John Woo najwyraźniej zapomniał, że w kinie chodzi o coś więcej niż dyrygowanie tysiącami statystów.

Akcja Trzech Królestw osadzona jest w 208 roku n.e. w okresie panowania chińskiej dynastii Han. Kontrolujący Cesarza Xian Di i mający władcze ambicje kanclerz Cao Cao (Fengyi Zhang) wydaje wojnę południowym królestwom Szu i Wu. Te zaś jednoczą się w obliczu agresji i ostatecznie pokonują wielokrotnie liczniejszą armię Cao Cao w bitwie na brzegu rzeki Jangcy. Bohaterami filmu reżyser uczynił strategów Zhu Yu (Tony Leung) i Zhuge Lianga (Takeshi Kaneshiro), widzom zaś powierzył rolę świadków generalskiego pojedynku. Oglądamy więc skrupulatne przygotowania do rozstrzygającego starcia. Jest tu miejsce i na działania wywiadowcze, i na chytre sztuczki osłabiające moralne przeciwnika, i na heroiczne poświęcenie. Wszystko to podane zostało jednak w taki sposób, że od początku nie mamy wątpliwości – kto wygra. Cao Cao jest próżny i pyszny, jego przeciwnicy szlachetni, rozważni i bezbłędni.

Woo twierdzi, że chciał stworzyć azjatycką Troję - epicką historię na miarę Hollywood. Wydaje się, że łącząc, robiący wrażenie, realizacyjny rozmach z fabularnym banałem zrealizował swoje zamierzenia w stu procentach. Stąd też i festiwalowe nagrody za kostiumy, scenografię, efekty specjalne, dźwięk, muzykę. Trzy Królestwa, podobnie jak przywołany obraz Wolfganga Petersena, nie roszczą sobie pretensji do bycia czymś więcej niż obliczoną na frekwencyjny sukces baśnią. Pragnącym opowieści dotykającej odwiecznej żądzy władzy, która nie raz decydowała o losach jednostek i narodów pozostaje sięgnąć po liczący już ponad 50 lat Tron we krwi. No ale cóż. W końcu nie każdy może być Kurosawą.


blog comments powered by Disqus