„Resident Evil: Ostatni rozdział” - recenzja filmu

Kończ waść

Tak to już bywa z seriami, które mimo stopniowego spadku jakości wciąż potrafią na siebie zarobić: raz na jakiś czas powstaje kolejna część, ludzie idą do kin, producenci liczą pieniążki, kręcą kolejny film… i błędne koło kręci się dalej. Ofiarą takiej polityki stał się cykl Resident Evil, luźno oparty na serii gier o tym samym tytule. O ile na małych ekranach i monitorach komputerów zombiaki i mutanty od lat radzą sobie z różnym skutkiem, o tyle ich przygoda na wielkich ekranach konsekwentnie turla się po równi pochyłej. Ostatni rozdział wydaje się sięgać dna.

Bliżej nieokreślona przyszłość. Epidemia wirusa T zamieniającego zwykłych ludzi w krwiożercze monstra zmiotła z powierzchni Ziemi ponad 99% ludzkości. Ukrywająca się Alice (Milla Jovovich) dowiaduje się, że na całym świecie pozostało około czterech tysięcy ocalałych. Ma dwie doby, by dotrzeć do źródła epidemii – podziemnego laboratorium zwanego Ulem, należącego do złowrogiej korporacji Umbrella. Tam bowiem znajduje się jedyna ampułka antidotum, ostatniej szansy na zatrzymanie apokalipsy. Zegar: start. Rozpoczyna się morderczy wyścig z czasem. 

Morderczy nie tylko dla wymęczonych przymusowym survivalem bohaterów, ale i (a może nawet przede wszystkim) widza. Choć serię śledzę od samego jej zarania, trudno jest mi znaleźć cokolwiek na obronę Ostatniego rozdziału. Szczątkowa fabuła pretekstowo pcha durną akcję do przodu, a kuriozum goni kolejne kuriozum – bohaterowie z biedną, zupełnie zobojętniałą Alice na czele wydają się głupsi niż kiedykolwiek, wpadając po drodze w każdą możliwą pułapkę zastawioną przez drugą stronę (przypomnijmy, że walczą ze sobą od, nie przymierzając, dziesięciu lat). Dyrektor generalny Umbrelli, dr Oscar Isaacs (Iain Glen) nie jest już tylko żądnym krwi i zysku za wszelką cenę psychopatą, ale i fanatykiem religijnym, pojmującym wybuch (jak się okazało, kontrolowany) pandemii w kategoriach biblijnej apokalipsy. Od świata przedstawionego w tymże akurat uniwersum nie wymagam prawdopodobieństwa – z pewnością nie zaszkodziłaby mu jednak chociaż szczypta logiki.

Niewiele lepiej ma się sprawa w kwestii technikaliów. W oczy szczególnie rzuca się jedna – montaż. Ujęcia, zwłaszcza w sekwencjach walki, przeskakują z prędkością naboi wystrzeliwanych z karabinu maszynowego. Materiał poszatkowano niczym mięso na tatara. Z tą tylko różnicą, że zamiast krwistego befsztyku otrzymujemy na talerzu filmowy bełt. Zbyt rzadko stawia się w takim przypadku na długie ujęcia, a nawet mastershoty – o tym, jak kapitalnie budują one napięcie przekonał się każdy, kto zetknął się z koreańskim Oldboyem, czy też Daredevilem Netflixa. Przy odrobinie dobrej woli i wysiłku może i Ostatni rozdział zyskałby krztynę finezji.

Wszystko, co dobre, musi się kiedyś skończyć. Skończyć musi się także to, co przeciętne – a taka, mimo całkiem niezłego startu, niewątpliwie była seria Resident Evil. Ostatni rozdział w rzeczywistości jest ostatnią posługą, nieszczególnie udanym ukłonem w stronę fanów. Liczba odwołań i flashbacków do poprzednich filmów ucieszy tych najzagorzalszych miłośników – o ile tylko wyłączą myślenie. I choć zakończenie tego potworka nosi wszelkie znamiona otwartości, miejmy nadzieję, że Alice – przynajmniej na wielkim ekranie – broń złożyła definitywnie.

PS: A gdyby tak ustalić zasady prostej „drinking game”? Za każdym razem, gdy na ekranie dzieje się coś koszmarnie głupiego, pijemy. Gwarantuję: nawet najmocniejsze głowy polegną jeszcze w pierwszej połowie filmu. 

Korekta: Aleksandra Wierzbińska


blog comments powered by Disqus