Z deszczu pod rynnę

Autor: Ceti
plakat filmu Z deszczu pod rynnę

Prolog filmu jest odpowiednio krótki, w kilku krótkich, dziejących się równolegle scenach pokazuje, choć nie wyjaśnia incydentu, który stanowi zaczątek fabuły. Uniknięto zbędnych dialogów i wprowadzeń, postacie są nie ważne. I tak za chwilę będą martwe.

Akcja właściwa rozpoczyna się, gdy główna bohaterka budzi się naga pod prysznicem. Te pierwsze sceny są zrealizowane fantastycznie. Idealnie budowana jest groza i tajemniczość. Po pierwszych odruchach bohaterki widać, że jest ona kimś. Tajemnica i napięcie jest zręcznie utrzymywane w kolejnych minutach, gdy do budynku (pałacyku) wpada elitarny oddział żołnierzy lub gdy prowadzą oni bohaterkę i policjanta, który z niewyjaśnionych powodów też tam się znalazł, tajnym tunelem do kolejki prowadzącej do podziemnego kompleksu.

Niestety, w tym momencie zostaje wyjaśniona tożsamość bohaterki, źródło jej kłopotów z pamięcią i powód rajdu komandosów. Po wkroczeniu do kompleksu następuje walka ze sztuczną inteligencją (nader krótka, choć ma swoje momenty). Dalej jest już gore, czyli to, o co chodzi w tym filmie. Hordy zombi, zresztą dobrze ucharakteryzowanych (pieski!) i bardzo "prawdziwych" napiera ze wszystkich stron na bohaterów. W trakcie ucieczki w stronę wyjścia wyjaśnia się niezbyt skomplikowana fabuła filmu (głównie w wyniku powracającej pamięci). Pod koniec następuje niezbędna walka z "bossem" na końcu filmu. Jest to wymagane zarówno konwencją (gra komputerowa!), jak również ostatnią fascynacją CGI. Końcówka jest trochę zaskakująca i zadawalająca, między innymi dlatego, że widz dostaje coś innego niż spodziewane kolejne 20 minut rąbaniny.

Na razie głównie mówiłem o zaletach, dlaczego więc oceniłem ten film tak nisko? Po pierwsze i najważniejsze, brakuje mu tego czegoś. Trudno mi uchwycić dokładnie czego, ale czuję niedosyt. Może się na to zebrało kilka pomniejszych problemów. Moim (i nie tylko moim) zdaniem, zbyt szybko dowiedzieliśmy się o co chodzi, i to na dodatek w formie wprowadzenia przed misją (znowu konwencja gry!).

Najciekawsza postać filmu, Czerwona Królowa (sztuczna inteligencja), praktycznie nie zostaje wykorzystana w filmie. Sprawa ewentualnych dylematów moralnych zostaje rozwiązana usmażeniem obwodów komputera jednym przyciskiem.
Niedozowny boss pod koniec filmu też jest smętny. Ani specjalnie oryginalny, ani świetnie wykonany. Walka z nim jest sztampowa. A jego zdolność specjalna? "Po zjedzeniu świeżego DNA mutuje". Faktycznie, trochę mu się kolorki skóry zmieniły.

Nigdy nie grałem w Resident Evil i jakoś specjalnie nie żałuję. Film jest poprawnie wykonany, jednak nic nowego nie wnosi.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus