Recenzja filmu "Riddick"

 

Fani mieli powody do niepokoju – ostatecznie trzecia z kolei część jakiegokolwiek cyklu (a w tym wypadku nawet czwarta, jeśli liczyć animację Kroniki Riddicka: Mroczna Furia) rzadko dorównuje poziomem swoim poprzedniczkom. Częściej odcina po prostu kupony od dawnej sławy, mordując na oczach setek widzów ich ukochaną serię i wywołuje pełne złośliwych uwag komentarze. Tym razem okazuje się jednak, że rację mieli ci, którzy być może sugerując się pogodnymi komentarzami i zabawnymi zdjęciami z planu umieszczanymi na Facebooku przez Vina Diesela – wytrwali w wierze. Riddick powraca do korzeni w świetnej formie i nie rozczarowuje.

Dla kina sci-fi jest to rok wyjątkowo płodny (w kinach pojawiły się m.in. Niepamięć, 1000 lat po Ziemi, Elizjum, Pacific Rim, Iron Man 3), jednak Davidowi Twohy’emu udało się nie zginąć w tłumie pomimo zdecydowanie mniejszego od konkurencji budżetu. Co więcej, lekki posmak kina niezależnego nadaje jego filmowi unikatowego klimatu, którego próżno szukać w wygładzonych na potrzeby małoletniej widowni, robionych „na bogato” blockbusterach. Riddick jest przerysowany i przesadzony, momentami autoironiczny (co widać przede wszystkim w kreacji głównego bohatera i jego postawie Prawdziwego Twardziela), nie stroni od czarnego humoru i nie pozwala się nudzić. Zadowoleni będą zwłaszcza fani Pitch Black - nowa odsłona serii utrzymana jest w podobnej stylistyce.

To jednocześnie najpoważniejszy zarzut padający pod adresem produkcji – film jest niewątpliwie podobny do pierwszej części, pytanie, czy nie jest zbyt podobny? Ta sama konwencja, spalona słońcem pustynia, łatwy do przewidzenia rozwój wydarzeń, Riddick odsłaniający swoją wrażliwą duszyczkę (tym razem z powodu przywiązania do psa) oraz kosmiczne potwory – to wszystko już było. Dobry reżyser jest w stanie skleić przyzwoity film nawet z mocno wyeksploatowanych elementów i trzeba przyznać, że Twohy wychodzi z tego obronną ręką: zamiast odwracać uwagę widza pościgami czy efektownymi strzelankami, skupia się na budowaniu dusznej, pełnej napięcia atmosfery. To już nie są space-operowe Kroniki… – samotny Riddick prowadzi nieustający wewnętrzny monolog, pozostawiony samemu sobie na wyludnionej i nieprzyjaznej planecie. Widz jednak nie nudzi się ani przez moment – mroczny świat bohatera wciąga i pochłania bez reszty. Jeśli tylko zgodzi się na umowność konwencji, jaką przyjmuje reżyser, może liczyć na dwie godziny naprawdę przyzwoitej rozrywki.

Riddick nie aspiruje do miana kina ambitnego i ani przez chwilę nie udaje, że chodzi tu o coś więcej niż o dobrą zabawę. Nie sposób jednak nie docenić faktu, że zabawa ta nie daje przyjemności jedynie krótkotrwałej – chociaż  przewidywalne zakończenie ujmuje nieco klimatowi całości, to obraz zapada w pamięć i przywołuje ciepłe wspomnienia związane z poprzednimi odsłonami serii. Riddick musi ponownie „obudzić w sobie zwierzę”, żeby przetrwać na planecie, która „cała chce dobrać mu się do tyłka”. Niebezpieczny jak nigdy dotąd, zdeterminowany, żeby przetrwać, wciąż jest w szczytowej formie, mimo że od pierwszej części jego przygód minęło już 13 lat.

Vin Diesel jest Riddickiem. Trudno obecnie wyobrazić sobie kogoś, kto mógłby go w tej roli zastąpić. Ta wyrazista kreacja jest sama w sobie wystarczającym powodem do zapoznania się z produkcją Twohy’ego. Bohater nabiera głębi, rozwija się, a pomimo poruszania się w granicach związanej z gatunkiem konwencji Vinowi udaje się zachować swobodę i naturalność. Ci, którzy mieli go za tę rolę pokochać, pewnie już dawno to zrobili. Cała reszta ma naprawdę dobry powód. Riddick to pozycja niemalże obowiązkowa na tegorocznej liście produkcji sci-fi. Niezadowoleni mogą być jedynie widzowie negatywnie nastawieni do samego gatunku oraz ci, którzy dopatrzą się zbyt daleko idących podobieństw do Pitch Black. Całej reszcie nie trzeba życzyć udanego seansu – w tym wypadku jest to zagwarantowane.


blog comments powered by Disqus