Recenzja filmu "R.I.P.D. Agenci z zaświatów"

Autor: Falleen

Powielanie motywów w kinowym półświatku nie jest czymś zaskakującym. Można się pokusić o stwierdzenie, że owy zabieg jest rzeczą jak najbardziej naturalną i akceptowaną. Nie ma nic prostszego, jak wziąć motyw z jednego filmu, dołożyć trochę efektów, wrzucić do mikrofalówki z napisem Hollywood i otrzymać podgrzewany hit na skalę światową. Jednak dalej istnieją osoby, dla których kopiowanie i ściąganie to sztuka zbyt wysokich lotów. Jedną z nich jest Robert Schwentke, twórca niesławnego już R.I.P.D. Agenci z zaświatów.

Fabuła filmu przedstawia losy policjanta Nicka, który po swej śmierci zamiast zwiedzać Pola Elizejskie, zostaje przyjęty do nadprzyrodzonej organizacji R.I.P.D. w celu zwalczania potępionych dusz, którym nie śpieszy się do odejścia z ziemskiego padołu. Głównemu bohaterowi oczywiście zostaje przydzielony partner, jeden z największych weteranów Wydziału ds. Wiecznego Odpoczynku, czyli sam Roy Pulsipher – prawdopodobnie najgorsza rola Jeffa Bridgesa ostatniej dekady.

Nietrudno się domyślić, że fabuła R.I.P.D. do bólu przypomina perypetie przedstawiane w trylogii Faceci w Czerni. Schwentke niespecjalnie starał się zatuszować fakt, że jego film jest jedną wielką kalką hitu sprzed kilkunastu lat. Zamiast tego postanowił nafaszerować film pędzącą akcją oraz humorem, który miał urzec widza do cna. Oczywiście w praktyce nic z tego nie wyszło. Reakcja typowego widza na humor w R.I.P.D. przy dobrych lotach będzie zwieńczona kilkoma nieznaczącymi uśmiechami bądź grymasami.

Reżyserowi nie można jednak zarzucić tego, że akcja stoi w miejscu. R.I.P.D. jest przesiąknięte do granic możliwości efektami oraz pędzącą fabułą, tylko w takim wykonaniu, że zachowanie głównych bohaterów w wielu miejscach wydaje się idiotyczne (np. scena, w której Nick i Roy uciekają samochodem przed nieumarłymi), a niektóre wątki rzucane w fabule nie są w ogóle rozwijane. W filmie jest zdecydowanie za mało informacji dotyczących zarówno samego wydziału, jak i głównych bohaterów. „Wisienką na torcie” koszmarnego dzieła Schwentke jest iskrzące się przez cały film love story. Zarówno Nick, jak i Roy targani są problemami uczuciowymi, które sporadycznie ukazują się w filmie oraz zwyczajnie w świecie psują radość oglądania, która i tak ociera się o dno.

W tej chwili powinno się chyba znaleźć kilka pozytywów, które przekonają widzów, że R.I.P.D. to jednak ciekawa i nowatorska produkcja, a przynajmniej, że warto na nią poświęcić trochę czasu w kinie lub w przyszłości przed telewizorem. Problem w tym, że film nie ma żadnej mocnej strony. Od początku do końca utrzymuje swój wysoko beznadziejny poziom, a gra aktorska głównych bohaterów woła o pomstę do nieba. Wszystkie ciekawe sceny, bądź humorystyczne sytuacje starczyły ledwie na stworzenie interesującej zapowiedzi, lecz na nic więcej.

R.I.P.D. Agenci z zaświatów możecie obejrzeć w


blog comments powered by Disqus