Ostatni sprawiedliwy w krainie wielkich jezior

plakat filmu Ostatni sprawiedliwy w krainie wielkich jezior

Przywracając pamięć o skomplikowanych relacjach polsko-mazurskich po II wojnie światowej Wojciech Smarzowski dokonuje rozliczenia z polską historią, a także kinematografią. Jednocześnie zaś potwierdza pozycję twórcy, który jako jeden z niewielu polskich reżyserów, intuicyjnie czuje język kina.

Historia Tadeusza – uczestnika Powstania Warszawskiego, który u boku mającej polskie korzenie Mazurki Róży, próbuje ułożyć sobie życie na ziemiach odzyskanych zrealizowana została w konwencji antywesternu. On – noszący w sobie bolesną bliznę przeszłości ostatni sprawiedliwy przybywa do niewielkiego miasteczka i związuje się z niecieszącą się przychylnością innych mieszkańców wdową po niemieckim żołnierzu. Ona – polonofilka, ofiara rosyjskich gwałtów, żyje na uboczu starając się ochronić to, co dla niej najcenniejsze – dorastającą córkę. Obydwoje próbują wyrzucić z pamięci koszmar wojny. Ta jednak upomni się o nich pod postacią władzy ludowej ścigającej członków Armii Krajowej i próbującej dyskretnie wypędzić rdzennych mieszkańców Mazur.

Smarzowski podejmuje polemikę z kultowym polskim westernem sprzed półwiecza Prawo i pięść Edwarda Skórzewskiego i Jerzego Hoffmana. Tam, również przybyły znikąd, Gustaw Holoubek pod nieobecność władzy ludowej bronił majątku Ziem Odzyskanych przed szabrownikami. Podobnie, jak Tadeusz, był samotnym rewolwerowcem poszukującym dla siebie spokojnego miejsca do życia, który kolejny już raz musi stawić czoła okropieństwom wojny. O ile jednak Holoubek niczym John Wayne postanowił, nie bacząc na niebezpieczeństwo, wypełnić przyjęte zobowiązanie zabezpieczenia państwowego mienia przed zakusami szubrawców, to postaci kreowanej przez Marcina Dorocińskiego zdecydowanie bliżej do Clinta Eastwooda z Bez przebaczenia. Zmuszony zostaje bowiem stanąć przeciw systemowi w obronie czci i życia kobiety wyklętej.

Polskie kino próbowało dotąd mierzyć się z prlowskim aparatem terroru, pokazywało go jednak w zderzeniu z członkami Państwa Podziemnego, bądź w późniejszych momentach przesileń społeczno-politycznych. Smarzowski uczynił krok dalej przywołując z niepamięci niechlubną kartę utrwalania władzy ludowej w krainie wielkich jezior – dotąd identyfikowanej jedynie jako cud natury, miejsce sielanki i wypoczynku. Jednocześnie, sięgając po formułę kina gatunku, udało mu się nadać tej tragicznej opowieści wymiar uniwersalny.

Róża to film kompletny. Ze świetnym tempem, znakomitymi rolami Agaty Kuleszy i Marcina Dorocińskiego, a przede wszystkim silnie zakorzenioną w życiu historią. Oglądając ten przecież zaledwie trzeci w dorobku pełnometrażowy obraz Smarzowskiego czuć, że mamy do czynienia z reżyserem o nieprzeciętnym talencie. Te największe dzieła dopiero przed nim. Czekam z niecierpliwością.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus