Recenzja filmu "Ratując pana Banksa"

Autor: Redil

Ratując pana Banksa, najnowszy film Johna Lee Hancocka, twórcy głośnego przed kilkoma laty Wielkiego Mike’a, to obraz wpisujący się w popularną ostatnio biograficzną modę przedstawiania znanych postaci na tle realizacji jednego z ich głośnych dzieł (Hitchcock, Mój tydzień z Marilyn). W tym przypadku mamy do czynienia z P.L. Travers – autorką bestsellerów dla dzieci o Mary Poppins i powstawaniem filmu w wytwórni Disneya. Burzliwe relacje oraz brak porozumienia między Travers a Disneyem stanowiły idealny materiał na kinową historię, niestety, podobnie jak w innych tego rodzaju produkcjach, nie został on w pełni wykorzystany.

Akcja rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Jedna dotyczy dzieciństwa autorki dorastającej w Australii. Ukazana niekiedy z wykorzystaniem ckliwych chwytów relacja małej Travers z jej zmagającym się z alkoholizmem ojcem (w tej roli całkiem niezły Colin Farrell) rzuca dużo światła na rozgrywającą się w latach 60. właściwą historię realizacji filmu o Mary Poppins. W rezultacie Ratując pana Banksa stanowi nie tylko biografię Travers, ale również opowieść o genezie Mary Poppins, co fajnie dopełnia się na ekranie i zbija w jedną całość – naprawdę dobrze się to ogląda.

Jednak fragmenty dotyczące dzieciństwa pisarki, choć potrzebne i posiadające swój odpowiedni klimat, oparte są w dużej mierze na schematach wycelowanych we wrażliwość widza; w rezultacie wypadają nieco słabiej w porównaniu do późniejszych segmentów, w których to już Emma Thompson bryluje przed kamerą. Tutaj praktycznie nic się nie dzieje z punktu widzenia akcji, a jednak utarczki słowne Travers ze scenarzystami, niezgoda między nią a Disneyem, rozmowy z szoferem i wreszcie mnóstwo małych dziwactw autorki, pozwalają brytyjskiej aktorce w pełni rozwinąć skrzydła. Nawet przez chwilę nie sposób się nudzić, oglądając jej popisy i trzeba przyznać, że choć film pełen jest gwiazd, to wszystkie bledną w pobliżu Thompson. Tom Hanks w roli Disneya jest praktycznie niezauważalny. Poczciwy, miły staruszek, może nieco ekscentryczny, lecz zdecydowanie pozbawiony pazura. A szkoda, bo biografia twórcy Myszki Miki posiada potencjał do wykreowania wyrazistej i zapadającej w pamięci postaci. Niestety, rola Hanksa jest zaledwie poprawna, tak jak cały film. Trudno jednak oczekiwać, że studio Disneya spojrzy obiektywnie na własną legendę, dlatego całość jest wygładzona, odarta z najmniejszej choćby kontrowersji, a przez to zwyczajnie przeciętna.

I byłoby to największą wadą tego obrazu, która spychałaby go gdzieś w towarzystwo produkcji niewartych wspomnienia, gdyby nie fakt, że na szczęście nie jest to film o Disneyu. Disney to zaledwie rozmyty drugi plan. W rzeczywistości jest to biografia P.L. Travers, której postać udało się twórcom przedstawić na ekranie w interesujący sposób – z całym bagażem jej życiowych doświadczeń, traumatycznym dzieciństwem, samotnością i pisarską karierą. Jej rozmowy z szoferem granym przez Paula Giamattiego to czasem mały majstersztyk przesiąknięty i gorzką ironią, i ciepłym humorem.

Nie jest to dzieło na miarę Oscara, niemal przez cały czas niebezpiecznie ociera się o przeciętność, lecz to wystarczy, by pozostawić po sobie przyzwoite wrażenie. Obraz Hancocka jest zbyt ostrożny, niezdecydowany, pozbawiony charakteru. Podczas gdy w rzeczywistości Travers narzekała na filmową Mary Poppins, w wizji Hancocka bardzo emocjonalnie reaguje na produkt finalny. W ten sposób twórcy wytrącają swojej bohaterce z dłoni ostatni atrybut jej przekonań, których przez cały film usilnie broni. W efekcie akcent zostaje przesunięty na nieomylność i wspaniałość Walta Disneya. Ratując pana Banksa oceniam dwojako: jest to udany film o P.L. Travers, a przy okazji tandetna laurka poświęcona Disneyowi.


blog comments powered by Disqus