Gra, która nie ma końca

W kinach straszy szósta już odsłona najbardziej kasowego cyklu spod znaku krwawego kinematografu. Publika zdaje się nie zauważać, że seria Piła dostała zadyszki już przy okazji trzeciego „odcinka” i tłumnie bieży do kin. Być może, po tylu latach od premiery pierwszej Piły, łatwiej znaleźć na sali wolne miejsce, lecz i tak frekwencji można pozazdrościć. Cóż takiego wymyślili tym razem hollywoodzcy spece od zagadek? Oto dzieło zmarłego Układanki kontynuuje jego ideowy poplecznik, detektyw Hoffman, który poza krecią robotą w policji, nocami dorabia jako pełnoetatowy seryjny morderca. Po triumfie odniesionym w poprzednim filmie, opętany wizją naprawy świata i sumień swoich ofiar, Hoffman staje się nieuważny, a jego koledzy gliniarze bardziej wnikliwi. Wszystko wskazuje na to, że wreszcie, po nitce do kłębka, stróże prawa dokopią się prawdy i akta z napisem „Jigsaw” zostaną zamknięte na cztery spusty w policyjnym sejfie.

Autorzy cyklu Piła przyzwyczaili nas do dwóch wątków fabularnych rozgrywających się równolegle, więc poza kibicowaniem kolegom Hoffmana przyjdzie nam emocjonować się losami faceta od ubezpieczeń, który, według układankowej moralności, skazywał na śmierć chorych, nie przyznając im należnych świadczeń. Kolejny tor przeszkód do pokonania, kolejne decyzje o życiu i śmierci, kolejne pułapki. Aha, pułapki. Nie dla dreszczu polowania na Hoffmana, nie dla ideologicznych implikacji filmu, nie dla grozy przychodzimy na Piłę. Misternie wykonane, wręcz niewiarygodne, zawsze krwawe, nigdy nie zawodzące – śmiercionośne narzędzia mordu zaprojektowane i wykonane domowym sposobem przez duet Układanka/Hoffman. Dubeltówki, karuzele, szpikulce, kwasy, śruby – pomysłowość scenarzystów nie zna granic. Od intrygującego thrillera Piła przebyła drogę na skróty do torture porn. Obrzydliwościom nie ma granic, trup ściele się gęsto, a co więcej, krwawo. Nikt nikogo nie próbuje oszukiwac ani mydlić oczu o co w tym filmie idzie. Lud chce igrzysk, lud chce mordu.

Tak, jak przed nim Robert Englund czy Doug Bradley, teraz Tobin Bell znalazł swój aktorski etat. Pomimo że jego postać została ukatrupiona już w części trzeciej, w szóstej odsłonie cyklu nadal straszy jako Jigsaw – w retrospekcjach, na taśmach video, w myślach. Wszystko to pomaga rozplątać zagmatwane wątki fabularne, których zaplątywaniu poświęcono poprzednie części serii. Widać jak na dłoni, iż cała historia planowana jest z myślą o kolejnych filmach, i kolejnych, i kolejnych. Z tego powodu ogląda się Piłę jak znajomy serial, z którym nie chcemy się rozstawać choćby dlatego, by wiedzieć jak się skończy. Przestaje być ważna faktyczna jakość produkcji, przyzwyczajenie jest silniejsze od nas, nieco mechanicznie i odruchowo idziemy do kasy biletowej. Nowa odsłona serii nie odstaje poziomem od poprzednich, lecz zapowiada coś nowego. Zakończenie nastraja optymistycznie i, być może, czeka nas odświeżenie, śmierdzącej już lekko rozkładem, formuły. Tego dowiemy się za rok. I pewnie jeszcze za rok, skoro według autorów, „gra dopiero się rozkręca”.


blog comments powered by Disqus