Marsz, którego nie sposób zapomnieć – recenzja filmu "Selma"

Internetowe komentarze po tegorocznych Oscarach trafiały w sedno bez zbędnych określników, podając następujące podsumowanie: w tym roku nominowani zostali biały człowiek, biały człowiek i…biały człowiek. Bezwzględne pominięcie Selmy przez Akademię wydaje się porażającym przeoczeniem, dzięki temu jednak film poruszający tematykę rasizmu zyskał zadziwiająco współczesny wydźwięk, stając się elementem dyskursu o amerykańskim problemie, który dziś ciągle znajduje się w sferze tabu Najnowsza filmowa biografia legendarnego człowieka walczącego o równość w społeczeństwie to rzadki okaz intensywnego kina, którego porywające emocje uwalniają się bardzo powoli, dozowane w doskonale wymierzonych dawkach. To marsz, w którym trzeba wziąć udział.

Martin Luther King Jr. odbiera Pokojową Nagrodę Nobla, ale czeka go jeszcze wiele pracy, by ziścić sen, o którym opowiadał w swojej najsławniejszej przemowie. Aby uzyskać dla Afroamerykanów prawo powszechnego głosowania, organizuje pokojowe marsze w Selmie w stanie Alabama. W ciągu trzech miesięcy 1965 roku całe amerykańskie społeczeństwo stanie się świadkiem strasznych wydarzeń, które każą wszystkim na nowo zdefiniować równość i naturę ludzkiej solidarności. Film skupia się na tych wydarzeniach, ilustrując odwieczną, nieraz brutalną walkę o sprawiedliwość.

Ava DuVernay, laureatka nagrody za najlepszą reżyserię za film W szczerym polu na festiwalu Sundance w 2012, prezentuje niespożyte pokłady swojego reżyserskiego potencjału i ambicji. Narracja wydaje się niewinnie monotonna i owa jednostajność w niektórych momentach może mocno nadwyrężać cierpliwość, ale to jedynie pozory, którym nie można dać się zwieść. Scenariusz Paula Webba nie razi powierzchowną wzniosłością, objawia za to uniwersalne prawdy na temat rodziny i społeczeństwa bez efektownych zabiegów. Emocje gromadzą się niepostrzeżenie pod warstwą ciszy i milczenia, by na końcu filmu eksplodować w kulminacji poruszenia, szczerej inspiracji i mnóstwa innych uczuć, o których można by długo pisać. Narracja reżyserki zachwycającej kunsztem wytrawnego profesjonalisty jest subtelna i intensywna, napięcie rośnie z każdą sceną razem z rozwijającymi się wydarzeniami. Klasyczna konwencja prezentowania całego życiorysu, która zrujnowała potencjał takich filmów jak Mandela: Droga do Wolności, zostaje szczęśliwie porzucona na rzecz poświęcenia się dramatycznemu epizodowi w życiu Kinga, który kondensuje wszystkie odcienie szarości wielkiego przywódcy i noszonego przez niego ciężaru odpowiedzialności. Dzięki scenariuszowi w wyważony sposób udało się zapuścić w zawiłe małżeńskie relacje i z równie wielką siłą przenieść na ekran tragizm nieustępliwej walki bohaterów.

Za sprawą wybornych zdjęć Bradforda Younga film sprawia bardziej wrażenie finezyjnego studium ludzkiej kondycji; częste zbliżenia kamery na twarz, by podkreślić każde zmiany nastroju, wydają się niemal teatralnym widowiskiem pełnym ciszy i intensywnego czekania na więcej. Sceny marszów są jak niespodziewana eksplozja ekscytacji i strachu, a widok pędzących w zwolnionym tempie ludzi i mgły gazu łzawiącego, z którego wyłaniają się oprawcy, wrzyna się w pamięć z rzadką skutecznością rasowego kina. Muzyka świetnie oddaje klimat burzliwych lat sześćdziesiątych, a takie kawałki jak „I’ve Got the New World in My View”, „Alabama Blues” albo „Walk with Me” są jak filmowa postać sama w sobie.   

Atmosfera przyciszonych rozmów i wzmożonych politycznych negocjacji jak w Lincolnie przeplata się z wybuchową, dynamiczną prezencją Martina Luthera Kinga, którego werwa zdaje się wypełniać cały film. Twórcy nie mieli wykupionych praw do jego oryginalnych przemów, konieczne zatem było napisanie ich na nowo – zdecydowali się na zabieg ryzykowny, który się opłacił. Znakomity David Oyelowo wcielił się w Kinga z niebywałą wiarygodnością, nadając mu niezwykłą dozę naturalności której śmiało mogą się uczyć nawet tacy Oscarowi pretendenci jak Benedict Cumberbatch czy Bradley Cooper. Jego emocjonujące przemówienia biją z ekranu niebywałym pokładem adrenaliny, który pozostawia swój ślad na długo po skończeniu seansu. Grająca żonę Kinga Carmen Ejogo wnosi na ekran szyk, elegancję i godność nawet w najtrudniejszych dla swojej bohaterki momentach. Tim Roth doskonale sprawdza się roli odrażającego, ociekającego jadem typa, George’a Wallace’a, a Tom Wilkinson jako prezydent Lyndon Johnson to klasyczny przykład wytrawnego, doświadczonego aktora. Zwolennicy Kinga tworzą lojalną społeczność o silnie wyczuwalnych więzach, a każdy aktor wyróżnia się w jakiś sposób swoją postacią.

Selma oddziałuje na emocje równie silnie co Zniewolony i mimo, że nie dorównuje mu kunsztem Steve’a McQueena, stanowi wielki triumf dla reżyserki, którą stoi przed szansą wielkiej kariery To ciche widowisko dostarcza bez wątpienia więcej emocji niż niejeden hollywoodzki blockbuster.


blog comments powered by Disqus