Recenzja filmu "Siódmy syn"

Dawno, dawno temu grupa nieustraszonych scenarzystów postanowiła spełnić marzenia miłośników prozy Josepha Delaneya i zekranizować książkę jego autorstwa. Wybrano doborową obsadę, w świat poszły plotki o fabule i zaczęto prace nad przedsięwzięciem. Niestety bardzo szybko wstrzymano całą produkcję, a jej losy stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Oczywiście sympatycy literackiego pierwowzoru nie tracili nadziei, ich modły zostały w końcu wysłuchane i prace nad filmem ruszyły. Wprawdzie premierę kilka razy przesuwano, jednak w końcu podano ostateczną datę wprowadzenia produkcji do kin. Chciałoby się napisać, że wszystko skończyło się wymarzonym "… żyli długo i szczęśliwie", ale pojawia się pewien dość poważny problem – sam film. Otóż Siódmy syn to produkcja, która pozostawia wiele do życzenia. Zarówno ci, którzy znają literacki pierwowzór, jak i osoby z nim niezaznajomione poczują się rozczarowani, rozgoryczeni i oszukani.

Spokojne życie Toma Warda odmienia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Chłopak, jako siódmy syn siódmego syna, zostaje wybrany na nowego ucznia stracharza. Ta budząca szacunek, ale i postrach profesja niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw. Zadaniem stracharzy jest bowiem walka ze wszelkim złem i plugastwem tego świata– czarownicami, boginami, upiorami, zjawami i innymi pomiotami szatana. Normalnie terminowanie trwa kilka dobrych lat, jednak Tom nie ma tyle czasu. W ciągu tygodnia (sic!) musi poznać tajniki profesji, gdyż zbliża się krwawa pełnia, czas kiedy najgroźniejsza wiedźma, Mateczka Malkin, odzyska pełnię swoich sił i spróbuje zapanować nad światem. Jedynie Tom i jego nauczyciel, Mistrz Gregory, mogą powstrzymać czarownicę i jej popleczników przed przejęciem władzy.

Pierwszym grzechem, który wprowadza do filmu pewną dozę groteski, i to nie w pozytywnym tego słowa znaczeniu, gdyż na pewno nie była ona zamierzona, jest okres szkolenia Toma. Kiedy poznajemy bohatera, nie  potrafi władać żadną bronią. Próbuje wprawdzie osiągnąć jakiś poziom w rzucaniu nożami, jednak nawet ta sztuka nie do końca mu się udaje – trafianie do celu okazuje się zadaniem powyżej jego sił. Czego może się nauczyć przez siedem dni? Raczej niewiele, przynajmniej nie w zwykłej historii. Jednak w tym filmie tydzień szkolenia całkowicie wystarcza. Co z tego, że wcześniejszy uczeń Gregory’ego potrzebował dziesięciu lat, co i tak nie uchroniło go przed marnym końcem. Tom Ward to uczeń nad uczniami, zapewne gdyby dodać mu jeszcze jeden tydzień szkolenia, pokonałby całą armię sług zła. W książce taka szybka nauka nie ma miejsca. Tam każdy aspekt szkolenia jest poukładany, usystematyzowany, wyjaśniony. Czytelnik uczy się razem z młodym bohaterem.

Skoro jesteśmy przy zagadnieniu dotyczącym literackiego pierwowzoru, czas zająć się grzechami numer dwa, trzy i cztery. Po pierwsze, Siódmy syn nie przypomina ani ekranizacji, ani adaptacji. To jakiś odrębny twór, który z książki zapożyczył tylko imiona bohaterów. Pisanie o tym, co zostało zmienione mija się z celem, gdyż wtedy cała ta recenzja zamieniłaby się w artykuł porównawczy zajmujący sporą liczbę stron. Dom stracharza przypomina loch, opiekunem dobytku nie jest bogin, tylko jakiś świniokształtny potwór, nie uraczycie też klanów czarownic – w końcu o wiele lepiej wygląda asasyn, sześcioraki wojownik i zmiennokształtni. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Oczywiście film pozbawiono klimatu horroru, tak charakterystycznego dla serii Delaneya. Widz otrzymuje bardzo naciąganą bajeczkę, która w ogólnym rozrachunku nie trzyma się kupy.

Pojawia się również problem z protagonistami. Mistrz Gregory to pijaczyna, który swoją służbę traktuje z przymrużeniem oka. Wprawdzie nic nie można zarzucić roli Jeffa Bridgesa, poza tym, że postać, w jaką się wciela, nijak ma się do tej znanej z książki. A szkoda, bo wybór aktora okazał się naprawdę dobry, Bridges idealnie pasuje do roli Mistrza Gregory’ego.

A Ben Barnes jako Tom Ward? Cóż… tutaj również nie jest zbyt kolorowo. W filmie bohater nie jest nastolatkiem, tylko dorosłym dwudziestokilkuletnim mężczyzną. Ten fakt można jeszcze zaakceptować, ale resztę, czyli infantylne i często głupie zachowanie protagonisty już nie. Książkowy Tom to bohater, którego da się lubić, ten filmowy woła o pomstę do nieba. Nie wystarczy powiedzieć, że okazuje się on naiwny, raczej ślepy, nierozważny i niegodny tytułu przyszłego stracharza. Ben Barnes może i dobrze zagrał wykreowaną przez tabun scenarzystów postać, ale nijak oddaje ona charakter tej znanej z książek. Filmowego Toma nie da się polubić, wręcz przeciwnie, przez większość produkcji ma się ochotę wysłać go do wszystkich diabłów.

A wszystkiemu winien grzech numer pięć, czyli kiczowaty wątek miłosny. Siódmy syn to nie romans dla nastolatków, Delaney nigdy nie miał zamiaru stworzyć czegoś takiego. Widocznie twórcy czytali zupełnie inny zestaw książek. Postanowili spłycić elementy akcji, horroru i szkolenia, przecież nic z tych rzeczy się nie liczy. Najważniejszy jest płytki romans. Chłopak spotyka dziewczynę, zakochują się w sobie od pierwszego wejrzenia, następuje moment, kiedy ich dłonie się dotykają, pojawia się magiczna niebieska iskra i oboje wiedzą, że są sobie przeznaczeni. Brzmi jak tanie romansidło klasy Z? Tak też wygląda. Oczywiście bohater, pod wpływem strzały Amora, nie potrafi racjonalnie myśleć. Co z tego, że Mistrz Gregory radzi mu, by trzymał się z daleka od dziewczyny, która jest czarownicą, młodzieniaszek i tak wie lepiej. A widz cierpi największe katusze, spotęgowane widomością o tym, że Gregory był kiedyś kochankiem Mateczki Malkin.

Grzech szósty? Końcowa scena walki dobra i zła. Nie wspominajmy już o dziwnych sługach Malkin, którzy wzięli się z powietrza (w książkach nie pojawiają się takie indywidua). Skupmy się na samej scenie starcia zła z dobrem. Żeby zbytnio nie psuć radości płynącej z najbardziej kiczowatej i nieprzemyślanej sekwencji ostatnich lat, zostanie zaznaczone jedno – łatwość, z jaką odbywa się sama potyczka. Każdy wie, że w większości bajek siły światła tryumfują nad ciemnością. Jednak zawsze istnieje jakaś przemyślana kolej rzeczy, natomiast z niczym takim nie spotkamy się w Siódmym synu. Tutaj rządzi zasada maksymalnego wyidealizowania młodego bohatera, skrócenia sekwencji pokonania zła i przyśpieszenia zakończenia. Przecież widz nie zasługuje na przemyślany spektakl, wystarczy, że dostanie byle jakie zakończenie.

Siódmy grzech główny to… cały film. Prosty, nijaki, przewidywalny, pełen niedorzeczności. Produkcja dla osób nie lubiących myśleć, którym nie przeszkadzają dziury w fabule większe niż te w naszych polskich drogach po zimie. Jedno jest pewne – miłośnicy serii Delaneya powinni omijać ten film szerokim łukiem, bo to wątpliwej jakości dzieło zniszczy, żeby nie napisać dosadniej, ich książkowy świat. O tyle bardziej przykre, że obsada okazała się dobrym wyborem. Wszystko inne jednak to wielkie rozczarowanie, którego nie da się wybaczyć.


blog comments powered by Disqus