Recenzja filmu "Turyści"

Biorąc pod uwagę, że święty Walenty był chrześcijańskim kapłanem, działającym w Rzymie w III wieku naszej ery, ukamienowanym i zdekapitowanym z powodu wiary – czy o wiele bardziej odpowiednim sposobem świętowania nie byłoby oglądanie z ukochaną osobą brutalnego morderstwa?

Tina i Chris poznali się kilka miesięcy temu. Postanowili wyruszyć w tygodniową podróż po Wielkiej Brytanii, żeby zwiedzić wszystkie miejsca, które od zawsze chcieli obejrzeć: Muzeum Ołówków, Wioskę Tramwajów czy rzymskie akwedukty. Jednocześnie chcą się wyrwać z domu, by móc spokojnie zażywać seksu na łonie przyrody, w swojej przyczepie kempingowej. Wszystko pięknie, gdyby nie drobny problem... Chris okazuje się wyjątkowo nerwowym, wręcz psychotycznym turystą. Z gatunku tych, którzy wszelkich denerwujących ludzi usuwają ze swojej drogi raz, a porządnie – wręcz ostatecznie.

Tyle można powiedzieć o fabule, żeby nie zdradzić za dużo. Tym, co wyróżnia film na tle podobnych produkcji, jest przewrotny humor, przypominający Monty Pythona w najlepszych czasach. Świetnie napisane i zagrane postaci (z resztą scenariusz pisali sami odtwórcy głównych postaci – Alice Lowe i Steve Oram), z których każda wydaje się nieco większym socjopatą lub psychotykiem niż poprzednia. Tina jest z wykształcenia trenerem psów, jednak sama rok wcześniej przypadkiem... zabiła swojego psa. Ma ponad trzydzieści lat, mieszka ze swoją matką, ma swój nieduży, niebieski pokój. Jest matce niemal całkowicie podległa i nie umie uwolnić się sama spod jej wpływu, co starsza pani skrzętnie wykorzystuje, wywołując w niej poczucie winy. Kiedy Tina orientuje się, co robi Chris, przełamuje się niemal momentalnie i sama zaczyna zabijać w niemal obsesyjny sposób.

Chris z kolei początkowo jawi się jako spokojny, standardowy facet z przedmieść, wyróżniający się jedynie krzaczastą rudą brodą. Jednak jego nerwowe tiki, mściwość i łatwość wpadania w cichą furię szybko dają o sobie znać. Początkowo popada w konflikt z „nową” Tiną, jednak po pewnym czasie dochodzą do porozumienia. Związek trwa, mimo jego typowo męskiej zawziętości i jej kobiecych fochów. A do końca urlopu coraz bliżej...

Zdjęcia to zupełnie inna bajka. Statyczne, oświetlone tak, by w pełni oddawały typową szarą pogodę na Wyspach. Ujęcia postaci są przeplatane z przepięknymi, zapierającymi dech w piersiach krajobrazami odludnych miejsc Brytanii. Widzowi aż trudno oderwać od nich wzrok. Z kolei o muzyce w tle nie da się powiedzieć zbyt wiele – na pewno nie przeszkadza w oglądaniu, ładnie podkreśla konkretne sceny, ale poza coverem Tainted Love żadna z melodii nie zwraca większej uwagi i trudno je zapamiętać.

Przewrotna, makabryczna, mroczna, zabawna, miejscami niesmaczna, definitywnie 18+ – taka jest ta brytyjska produkcja. Nie bez powodu przecież została obsypana nagrodami i nominacjami na kilku różnych festiwalach filmowych. Ale uwaga! Nie spodoba się każdemu. Postaci w swej grotesce jednocześnie bawią i przerażają, ich motywy stają się z minuty na minutę coraz bardziej poplątane aż do zastanawiającego zakończenia. Całości dopełnia niesamowita zwyczajność ich akcji – dirty sex to bielizna robiona na drutach i kradziony aparat fotograficzny używany w czasie stosunku, wymarzony urlop wiąże się ze zwiedzaniem nieciekawych miejsc, a głównym zarzewiem konfliktów jest... przygarnięty pies.

Co ciekawe, film ma mieć swoją premierę w Polsce niedługo po Walentynkach, choć warto powiedzieć, że niektóre kina organizują pokazy właśnie 14 lutego. Turyści będą na pewno przyjemną odskocznią po wysypie amerykańskich komedii romantycznych w Dzień Zakochanych. Dla tych, którzy cenią sobie oryginalność, inteligentny humor sytuacyjny i pokręcone fabuły, to świetny powód, aby świętowanie z drugą połówką odłożyć o tydzień.



blog comments powered by Disqus