Recenzja "Poradnika pozytywnego myślenia"

Autor: Redil

Wygląda na to, że Amerykanie uwielbiają, gdy jakiś twórca weźmie na warsztat przeciętną amerykańską rodzinę i wyciągnie na wierzch jej wszystkie brudy, nie upiększy na siłę, nie wystylizuje, a celowo przejedzie się po niej jak walcem. Tak było w przypadku Małej Miss (nominowanej do Oscara), gdzie każdy członek rodziny prezentował jakiś odchył (wujek – niedoszły samobójca, dziadek – erotoman itd.), a gdy wszyscy razem się spotykali, zaczynali krzyczeć, mogliśmy być pewni, że zaraz nastąpi burza. Tak było w przypadku poprzedniego filmu Russella (Fighter – nominowanego do Oscara), w którym na dysfunkcyjną rodzinę składali się: despotyczna matka, córki-histeryczki i dwaj bracia bokserzy, z których jeden zaprzepaścił karierę i stał się narkomanem. I tak też jest wreszcie w Poradniku pozytywnego myślenia (nominowanym do Oscara). Bo chociaż to główny bohater ma wahania nastrojów i zaburzenia, to o całej jego rodzinie oraz sąsiadach można powiedzieć, że to jedna wielka banda dziwaków. 

Tego rodzaju produkcje raczej nie odniosłyby w USA podobnych sukcesów, gdyby twórcy jedynie w zimny sposób portretowali, a czasem nawet stawiali w krzywym zwierciadle obraz amerykańskiej rodziny. Tak jak Smarzowski u nas przedstawia w najciemniejszych barwach polską, paskudną rzeczywistość, pełną naszych najgorszych wad. Tam by to nie przeszło. Amerykanie potrzebują szczęśliwego zakończenia, pozytywnych emocji wzbudzających w widzu poczucie, że nawet na swój sposób patologiczna rodzina może razem zdziałać cuda, bo nadal pozostaje rodziną. W efekcie widz zamiast żalu i odrazy otrzymuje pozytywną energię oraz chęć do działania.

Bohaterem filmu jest Pat, którego życie już na samym początku legło w gruzach. Stracił pracę, odeszła od niego żona, a my poznajemy go w szpitalu psychiatrycznym, gdzie trafił ze względu na swoje niekontrolowane zachowania. Chłopak jednak postanawia się zmienić, opuszcza szpital, zaczyna dbać o formę, chce się nauczyć kontrolować samego siebie – wszystko po to, aby zrobić jak najlepsze wrażenie na swojej żonie i skłonić ją do powrotu. Ale to nie będzie takie proste. Pat bowiem raz po raz wybucha, przekracza kolejne granice, a wszyscy sprawiają wrażenie jakby zmówili się przeciwko niemu.

Bradley Cooper jest w tej roli przejmująco naturalny. W granej przez niego postaci nie pozostał ani ślad po poprzednich kreacjach pewnych siebie amantów i przystojniaków. Pat jest zagubiony, czasem nie potrafi sobie poradzić z najprostszymi sytuacjami, ale jednocześnie pełny jest determinacji. Tak dużej determinacji, że aż udziela się ona widzowi. Po drugiej stronie pojawia się z kolei świetna Jennifer Lawrence, grającą sąsiadkę Pata, która straciła męża. Dziewczyna na pozór twarda, w rzeczywistości jest jednak wrażliwa i samotna. Oboje pasują do siebie jak ulał, wyglądają jak para dziwaków wyrwana z zupełnie innego świata. Na drugim planie nie sposób pominąć zabobonnego ojca. Grający go De Niro już dawno nie był tak irytujący. Ciągle powtarza tylko: „chcesz wrócić do psychiatryka?”. Ale efekt jest piorunujący, bo gdy między ojcem a synem zaczyna iskrzyć, widz może mieć wrażenie jakby oglądał jakieś amerykańskie reality show rodem z MTV, a nie film fabularny. W grze aktorów nie ma sztuczności, dlatego przyjemność z oglądania jest tym większa.

Para bohaterów rozpoczyna treningi przed konkursem tańca. W zamian za pomoc sąsiadce, Pat ma mieć możliwość skontaktowania się z żoną. Po pewnym czasie jednak środki i cel zamienią się miejscami, a chłopak zacznie dostrzegać, że być może prawdziwa miłość krąży wokół niego tu i teraz. Nie obawiajcie się jednak, jeśli sądzicie, że reżyser od tej pory zaczyna snuć ckliwą historyjkę o miłości. Autor pozostaje wierny swojemu stylowi, a choć widz już dawno domyśla się zakończenia, to jednak opowieść nie traci nic ze swej siły, nadal bawi, wzrusza, a nawet trzyma w napięciu. Bo nie sama fabuła jest tutaj najważniejsza, lecz sposób jej przedstawienia. Russell jest do bólu szczery, potrafi kpić sobie z bohaterów, ale nie w jakiś ordynarny sposób, który zbliżałby jego dzieło do tanich, głupich komedii. Humor jest nieco wyższych lotów, jego celem jest nie tylko rozbawienie widza, ale też próba zaangażowania go w historię.

Nie bez powodu na początku przytoczyłem tytuł Małej Miss. Poza samym przedstawieniem amerykańskiej rodziny, oba filmy łączy bowiem jeszcze coś. W obu przypadkach mamy do czynienia z tańcem pełniącym rolę swoistego katharsis. Długie i męczące przygotowania do występu dobiegają końca, a w czasie samej prezentacji cała rodzina jednoczy się wreszcie, odrzucając na bok nieporozumienia. Taniec oczyszcza oraz napełnia bohaterów pozytywną energią, pokazując im, co tak naprawdę jest w życiu najważniejsze.

Jeżeli macie ochotę na ciepłą komedię, ale nie pozbawioną ironii i odrobiny gorzkiego smaku, to Poradnik pozytywnego myślenia jest filmem dla Was. Tak jak w przypadku Fightera Russell stawia swoich bohaterów w różnych dziwnych sytuacjach, wymaga od nich więcej niż oni sami od siebie i nie pozwala im się poddać. A choć historia jest znana, nie raz prezentowana na ekranie, to jednak reżyser wyciska z niej to, co najlepsze i pozwala widzowi spojrzeć na nią jego oczyma. Dobra zabawa gwarantowana!


blog comments powered by Disqus