Grzech w czerni i bieli

plakat filmu Grzech w czerni i bieli

Komiks Sin City Franka Millera stał się pozycją kultową praktycznie już w momencie, gdy trafił na sklepowe półki. Historia mającego problemy z własną osobowością recydywisty Marva wstrząsnęła komiksowym światkiem, co z pewnością zmotywowało Millera do stworzenia dalszych części cyklu, między innymi The Big Fat Kill, That Yellow Bastard, które wraz z wyżej już wspomnianą historią Marva (pierwotna jej nazwa Sin City zmieniona została na The Hard Goodbye) tworzą podstawę scenariusza opisywanego poniżej filmu. Wiele kontrowersji powstało wokół zamiaru Roberta Rodrigueza do nakręcenia kinowej wersji dzieła Millera, nawet sam autor był sceptycznie nastawiony do tego pomysłu, lecz gdy Rodriguez zaprezentował mu filmową próbkę - rozmowę Marley Shelton z Joshem Hartleyem na tarasie wieżowca - twórca Sin City nie miał już więcej wątpliwości, a co więcej przystał na propozycję Rodrigueza i współwyreżyserował ekranizację swoich historii. Do współpracy namówiono cała plejadę hollywoodzkich gwiazd i tak właśnie powstało Miasto Grzechu.

Film ten jest wierną kopią nowel graficznych Millera, a fani z pewnością rozpoznają sceny klatka po klatce i dialogi zdanie po zdaniu. Nie wpływa to jednak na niekorzyść filmu, wręcz przeciwnie, dostaliśmy to, na co czekaliśmy – komiks żywcem przeniesiony na celuloid, i to w wielkim stylu. Od pierwszej minuty filmu zostajemy przeniesieni w pokazany w bardzo plastyczny sposób świat gangsterskich porachunków, gdzie wszystko jest możliwe, a zarazem takie nierealne. Nie sposób tu uniknąć porównań do filmu Quentina Tarantino Pulp Fiction, gdyż Rodriguez porusza się w tej samej stylistyce, co rusz bawiąc się konwencją i zaskakując widza rozmaitymi rozwiązaniami, które składają się na wizualny majstersztyk. Czerń i biel, tak jak w komiksowym odpowiedniku, wiodą prym w kolorystyce użytej do pokazania tytułowego miasta, Basin City. Czasem tylko mamy okazję ujrzeć inne barwy, co potęguje jeszcze niesamowite wrażenie, które narasta w widzu podczas oglądania filmu. Główne postaci jednak nie są czarne i białe, dobre i złe, gdyż w Sin City każdy ma coś na sumieniu, może poza Hartiganem i Nancy. Czemu więc nie sposób nie pałać sympatią do Marva czy Dwighta? Tu działa właśnie magia tego filmu, mimo iż zapewne niewielu widzów ma coś z notorycznego zabójcy, znajdzie cechy wspólne nawet z kimś takim jak Marv. Wiele osób zarzuca Sin City, że to obraz płytki, lecz parafrazując znane powiedzenie, można by było stwierdzić „głębia leży w oku patrzącego”. Uważny widz spostrzeże, że motorem napędowym wydarzeń w Mieście Grzechu nie jest nienawiść i żądza zabijania, lecz miłość- Marva do Goldie, Dwighta do Gail, wreszcie Hartigana do Nancy. Rodriguez i Miller pokazali to w dość nietypowy sposób, lecz tym samym ustrzegli się sztampowych hollywoodzkich zagrań.

Ważnym narzędziem w ich rękach byli wszakże aktorzy, którzy zagrali na najwyższym poziomie i nie sposób wyróżnić któregokolwiek z nich, gdyż wszyscy od Mickeya Rourkea przez Brucea Willisa do Benicio Del Toro stanęli na wysokości zadania i rewelacyjnie wczuli się w kreowane postaci. Dodając do tego świetną muzykę, której współautorem jest Robert Rodriguez, oraz iście tarantinowskie poczucie humoru, można śmiało stwierdzić, iż Sin City jest pewnym kandydatem do miana filmu roku i nie ma jak na razie na horyzoncie żadnego tytułu, który miałby szanse go zdetronizować. Najlepszą rekomendacją do Miasta Grzechu niech będzie fakt, że z każdego seansu, mniej więcej w połowie projekcji, kilka osób dyskretnie ucieka z kina, co dowodzi, że Sin City nie jest filmem dla każdego, lecz tylko dla wymagającego widza, chcącego czerpać z kina pełnymi garściami.


blog comments powered by Disqus