"Smoleńsk" - recenzja filmu

Na wschodzie bez zmian

Trudno krytykować Smoleńsk przy jednoczesnym odcinaniu go od polityki, bo jedyne, co może podlegać dyskusji, to właśnie ten aspekt i fakt, że w filmie praktycznie go zabrakło. Antoni Krauze nakręcił – jak niejednokrotnie podkreślał w wywiadach – historię z własnego punktu widzenia. Ale w swojej misji mocno przesadził, jeśli nie powiedzieć, że dotarł do granicy subiektywności w kwestiach katastrofy smoleńskiej, które po dziś dzień nie zostały do końca wyjaśnione. W rezultacie otrzymujemy dzieło o niemal zerowym impakcie, które paradoksalnie, mimo nikłej wartości samej w sobie, było filmem nieuniknionym, bo Smoleńsk to nie tyle historia katastrofy, co – jak to się ironicznie określa – swoisty przekaz pewnego „stanu umysłu”.

Główną bohaterką jest Nina, dziennikarka stacji telewizyjnej TVM SAT (skojarzenia z TVN nasuwają się same), dla której katastrofa Tupolewa staje się szansą na zrobienie świetnego reportażu. Jest oczywiste, że odgrywa rolę dziennikarskiej hieny, ale Krauzemu to nie wystarcza i dokleja do historii drobny wątek matki Niny, która jest chrześcijanką modlącą się z resztą wiernych pod Pałacem Prezydenckim. Prawdziwym czarnym charakterem jest jednak szef stacji (w okropnie przerysowanej, diabelskiej interpretacji Redbada Klynstra). Czyni on wszystko, by jedyną słuszną prawdą o katastrofie Tupolewa była ta, którą przedstawia jego telewizja.

Nina z czasem (i tupetem wystarczającym, by z uśmiechem na ustach zapytać żonę generała Błasika, czy był alkoholikiem) odkrywa coraz więcej szczegółów na temat śledztwa, posiłkując się rozmowami z rodzinami ofiar, generałami i różnymi informatorami. W rezultacie jej wektor moralny – niemal z bicza – obraca się o 180 stopni i dziennikarka staje się, nazwijmy to umownie, „oświeconą”. Widzowi trudno uwierzyć w tak nagłą przemianę z dwóch przyczyn; Nina jest figurą, a nie charakterem – nie ma w niej konfliktu, który ostatecznie zainicjowałby w niej jakąś wewnętrzną zmianę. Po drugie, Antoni Krauze nie pozwala nam spojrzeć na historię obiektywnie. Zamiast tego w nieudolny sposób stara się przekonać o wyłącznej słuszności jednej strony, posiłkując się przy tym bardzo nieudolną, prostolinijną perswazją. Stąd filmowi daleko do propagandy, bo ta używa subtelnego języka, by przekonać do swoich racji. Krauze natomiast stosuje parę tanich chwytów, których formę często trudno brać na poważnie.

Tym, co najbardziej zaszkodziło filmowi, jest brak w scenariuszu opozycji, która może zabrać głos. W tej roli zobaczymy tylko grupkę rozwydrzonych młodych ludzi, oburzonych na decyzję o pochowaniu pary prezydenckiej na Wawelu, oraz bezwzględnego szefa stacji. Dlatego Smoleńsk zdaje się być filmem mającym jeden cel, kompletnie mijający się z ideą prawdziwego, zaangażowanego kina – nie zadaje żadnych pytań, bo od samego początku ma swoja własną odpowiedź. Film zyskuje jedynie wtedy, kiedy kontekst polityczny ujmie się (już poza filmem oczywiście) w ramy konstruktywnej dyskusji, bo Smoleńsk to przecież częściowe, lustrzane odbicie mentalności, jaka w naszym narodzie żyje od lat.

Stąd widz, który podejdzie do filmu „z zasady”, postąpi niemal tak samo jak Krauze. Smoleńsk to nie pierwszy i nie ostatni politycznie radykalny film, ale w gatunku bardzo rzadkim w naszym kraju. Pozostaje czekać na kolejną taką okazję, która katastrofę smoleńską potraktuje obiektywniej na tyle, by rozgorzała dyskusja, która coś wniesie, poza tym, co wiemy już od lat. Bo Smoleńsk jest niczym innymi jak definitywnym zapisem wydarzeń jednej strony i wbrew pozorom – jest zbyt nieudolny, by nazwać go propagandą.

Korekta: Anna Ruszczak


blog comments powered by Disqus