"Star Trek: W nieznane" - recenzja filmu

Trekkie, we’re home…

Star Trek W nieznane recenzjaTwórcy nowych odsłon kultowych serii mają trudny orzech do zgryzienia. Jak tu zrobić film, który w dostatecznym stopniu pozostanie wierny założeniom i stylistyce pierwowzoru, a jednocześnie nie będzie wtórny lub anachroniczny?

Jak uniknąć oskarżeń o odgrzewanie starych kotletów, ale nie zostać też posądzonym o tworzenie zupełnie nowego filmu pod starym szyldem tylko po to, by przyciągnąć do kin większą liczbę widzów? I w końcu jak za jednym zamachem zainteresować nowych odbiorców oraz zadowolić zagorzałych fanów tytułu? Na szczęście ekipie odpowiedzialnej za Star Trek: W nieznane udało się tej skomplikowanej sztuki dokonać.

Gdy J. J. Abrams zasiadał na stołku reżysera Star Treka, miłośnicy Kirka i spółki krytykowali go za to, że zbyt daleko odbiegł od pierwowzoru. Zarzucano mu, że zatracił styl i atmosferę oryginalnego serialu oraz pierwszych filmów kinowych, skupiając się zbytnio na rozbuchanych scenach akcji oraz widowiskowych efektach specjalnych. Co złośliwsi mówili, że Abrams, prywatnie wielki fan Gwiezdnych wojen, zrobił film przypominający bardziej opowieść z odległej galaktyki, niż nową część Star Treka. Gdy reżyser spróbował obłaskawić fanów, wrzucając do kolejnej odsłony cyklu masę nawiązań do oryginalnej serii oraz trawestując (niezbyt subtelnie) fabułę drugiego filmu kinowego, ci sami fani zarzucali mu zbytnią zachowawczość i brak oryginalności. Z podobnymi zarzutami spotkał się zresztą ze strony części widzów po premierze Przebudzenia Mocy.

Star Trek Beyond Yorktown

Zarówno Justin Lin, który zastąpił Abramsa w roli reżysera trzeciej części nowego cyklu, jaki sam J. J., pełniący funkcję producenta, wyciągnęli wnioski z tej krytyki. Lin, znany do tej pory głównie z kilku części Szybkich i wściekłych, nie uległ pokusie stworzenia widowiskowej wydmuszki. Chociaż w filmie nie brakuje spektakularnych scen, jest on zdecydowanie czymś więcej niż tylko przeładowanym pościgami, kosmicznymi bitwami i eksplozjami popisem specjalistów od komputerowych efektów pokroju Transformers czy Dnia Niepodległości: Odrodzenia. Twórcy odrobili lekcje i sprawili, że proporcje pomiędzy akcją, ekspozycją świata przedstawionego, scenami dialogowymi, humorem i stopniowym odkrywaniem intrygi są idealnie wyważone.

Chociaż poprawa, szczególnie w stosunku do poprzedniego obrazu, jest wyraźna, nadal czuć, że mamy do czynienia z tą samą serią. Abrams jako producent trzech ostatnich filmów zadbał, żeby wyglądały one spójnie i stanowiły jednolitą całość. Obsada, scenografia i muzyka pozostają więc bez większych zmian, a opowieść stanowi bezpośrednią kontynuację W ciemność. Star Trek. Jeśli poprzednie dwa filmy wam się podobały, najnowszy was nie zawiedzie. Jeśli zaś nie lubicie Treków Abramsa, istnieje spora szansa, że ta część jednak przypadnie wam do gustu.

Star Trek W nieznane Jaylah Scotty

Jakość Star Treka: W nieznane to w największej mierze zasługa świetnego scenariusza. Chociaż pięciu scenarzystów może niepokoić, okazuje się, że są to obawy nieuzasadnione. Stojący na czele scenopisarskiego zespołu Simon Pegg stworzył wciągającą historię, która powinna zadowolić zarówno zapalonych trekkies, jak i widzów, którzy załogę Enterprise poznali dzięki filmom J. J. Abramsa. Pegg stworzył oryginalną, choć opartą na znajomym schemacie fabułę oraz zupełnie nowego antagonistę. Wplótł do skryptu odpowiednią dawkę humoru i nadał opowieści lekkości, której nieco brakowało poprzednim częściom. To właśnie ta pozytywna, nieco naiwna wręcz, wizja przyszłości i relacji między postaciami jest znakiem rozpoznawczym serii, który odróżnia ją choćby od zdecydowanie bardziej patetycznych Gwiezdnych wojen. Co więcej, fabuła obrazu jest dostatecznie klarowna, a wzajemne stosunki bohaterów na tyle wyraźnie zarysowane, że o zobaczenie nowego Star Treka mogą pokusić się nawet osoby zupełnie niezaznajomione z tym uniwersum.

Star Trek W nieznane Krall Uhura

Fanów Zjednoczonej Federacji Planet ucieszy fakt, że W nieznane w końcu zbliża się klimatem do klasycznego serialu. Rozwiązania fabularne i poszczególne sceny momentami zdają się być żywcem wyjęte z oryginalnej serii. Kirk wykonuje misję dyplomatyczną, bohaterowie odwiedzają iście utopijną stację kosmiczną i lądują na zupełnie nieznanej planecie, a niezwykle groźni przeciwnicy sprawiają, że członkowie załogi w czerwonych uniformach padają jak muchy. Pojawiają się też bardziej bezpośrednie odniesienia, jak choćby klasyczny fotel kapitana. Między postaciami iskrzy od rozmaitych emocji, a dialogi przepełnione są ciętymi ripostami i celnymi pointami. Na wyróżnienie zasługuje również wątek ambasadora Spocka, przymusowo zakończony z powodu śmierci Leonarda Nimoya. Scenarzyści domknęli historię Wolkanina w sposób bardzo zgrabny, naturalnie wpisujący się w logikę ekranowych wydarzeń i oddający hołd zarówno jednej z najbardziej kultowych postaci w historii s-f, jak i jej odtwórcy.

Nowa część Star Treka to świetna przygodowa space opera, posiadająca urok starego serialu i efektowna jak poprzednie dwie odsłony cyklu. Lekkie, zabawne i widowiskowe kino, które przypadnie do gustu zarówno zagorzałym trekkies, jak i tym, którzy po raz pierwszy zapragną wybrać się tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden człowiek.

Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska

Cinema City Star Trek W nieznane


blog comments powered by Disqus