Fani, jesteśmy w domu. Recenzja "Przebudzenia Mocy"

Autor: Smok

Moc przebudziła się kinach. Wraz z nią w serca fanów przepełniła nadzieja, że oto po raz pierwszy od 32 lat na srebrne ekrany zawita nowy epizod Gwiezdnych wojen, który byłby nie tylko dobrym filmem, ale również podtrzymywałby ducha oryginalnej trylogii zamiast deptać go pokraczną stopą Jar-Jara.

Niewątpliwie największą zaletą siódmej części gwiezdnej sagi jest obsada. Nowe postacie zostały wprowadzone niemal perfekcyjnie, a podczas seansu okazało się, że nie tylko BB-8 może wzbudzić natychmiastową sympatię widzów. Grana przez Daisy Ridley Rey to bohaterka kobieca, jakiej dotychczas brakowało w uniwersum Gwiezdnych wojen. Pozornie silna, lecz w rzeczywistości zagubiona i pełna tęsknoty za czymś, czego nigdy nie zaznała. Równie przyjemnie ogląda się na ekranie wyczyny Finna. Jego przemiana z przerażonego polem bitwy szturmowca w rycerza, który porzucił swoją lśniącą zbroję na rzecz zdobycznej kurtki jest przekonująca i nie sprawia wrażenia przeprowadzonej na siłę. Ostatni bohater wchodzący w skład nowej trójki, czyli Poe, również zachwyca. Nieco zawadiacki as myśliwski wzbudza niemały podziw dla swych umiejętności i sposobu bycia. Z jego osobą wiąże się jednak drobny minus. Poe dostał zbyt mało czasu ekranowego i należy trzymać kciuki, by w następnym epizodzie ten stan rzeczy uległ poprawie. Obsada oryginalnej trylogii również spisuje się bardzo dobre. Prym wśród znanych i lubianych postaci wiedzie oczywiście Han Solo. Przy poprzeczce wysoko postawionej przez pozostałych aktorów, Ford dokonuje rzeczy niemal niemożliwej i kradnie dla siebie prawie każdą scenę, w której się pojawia.

Nad przedstawicielami drugiej strony konfliktu niestety nie można rozwodzić się w samych superlatywach. Szczególnie mieszane uczucia wzbudza Kylo Ren. Obok scen bardzo dobrze budujących tę postać, ukazujących jej okrucieństwo lub wewnętrzne rozdarcie, znalazły się momenty, w których można się zastanawiać, czy to potężny wojownik, czy może rozchwiana emocjonalnie jednostka, zmieniająca się wraz z niepowodzeniami w rozwydrzone i niszczące wszystko wokół dziecko. Na szczęście jest jeszcze generał Hux, który w każdym calu jest taki, jakim czarny charakter być powinien. Dodatkową zaletą jego postaci jest swoista rywalizacja o uznanie Najwyższego Wodza Snoke’a, jaką Hux toczy z Renem. Dużym rozczarowaniem może dla wielu okazać się kapitan Phasma. Pojawia się w raptem kilku scenach i można odnieść wrażenie, że ta postać jest całkowicie zbędna dla fabuły.

Skoro już o fabule mowa: jest ona szczątkowa i silnie wzorowana na Nowej nadziei. Oczywistym jest fakt, iż J.J. Abrams i wytwórnia Disneya chcieli jak najbardziej przypodobać się fanom oryginalnej trylogii, ale nie powinno to prowadzić do sytuacji, w której zabrakło elementów świeżości i wyjścia ponad sprawdzone schematy. Nie można też się pozbyć wrażenia, że Przebudzenie Mocy to ledwie wstęp do większej historii - opowieść, której zadaniem jest jedynie przedstawienie nowych bohaterów i ogólnego zarysu sytuacji w odległej galaktyce trzydzieści lat po bitwie o Endor. Nie do końca udało się także reżyserowi przedstawienie zagrożenia, jakim dla galaktyki jest Najwyższy Porządek. Pomimo epatowania okrucieństwami, jakich dopuszczali się szturmowcy i ich zwierzchnicy, większą więź można było odczuć z poległymi mieszkańcami Alderaan niż ze wszystkimi ofiarami Kylo Rena, Huxa i spółki.

Wszelkie niedostatki fabularne Abrams skutecznie maskuje akcją pędzącą do przodu niczym odremontowany Sokół Millennium. Krótkie momenty, w których zarówno bohaterowie, jak i widzowie mogą odetchnąć, przeplatane są scenami akcji i fenomenalnych efektów specjalnych. Trzeba przyznać reżyserowi jedno - jak mało kto potrafi przedstawić pasjonujące pojedynki pomiędzy myśliwcami. Po seansie zachwyceni będą nie tylko miłośnicy mocnych scen, ale również fani książkowych i komiksowych serii X-Wing. Dla samych bitew pomiędzy siłami Ruchu Oporu i Najwyższego Porządku warto udać się do kina.

Jeśli chodzi o ścieżkę dźwiękową, to John Williams wykonał solidną pracę, jednak można w niej dostrzec te same niedociągnięcia, które posiada filmowa fabuła. Muzyka ilustrująca Przebudzenie Mocy utrzymana jest w duchu klasycznej trylogii, lecz brakuje w niej świeżości i pazura, jakim dla prequeli było Duel of the Fates. Wynagradza to nieco przepiękny, choć niepokojący motyw muzyczny towarzyszący ostatnim scenom w filmie.

Przebudzenie Mocy nie jest złym filmem. Ba, jest obrazem bardzo dobrym, ale dziesięcioletnie oczekiwanie na nowe Gwiezdne wojny oraz napięcie podsycane przez rewelacyjne zwiastuny i pełne optymizmu wypowiedzi ekipy odpowiedzialnej za epizod VII sprawiły, że oczekiwania wobec filmu stały się zbyt wysokie, a każdą wadę postrzega się jako znacznie większą niż w rzeczywistości. Trzeba o tym pamiętać, idąc do kina. Trzeba odrzucić emocje i nie oczekiwać dzieła na miarę Imperium kontratakuje, a wtedy ponownie będzie można czerpać radość z Gwiezdnych wojen. A jest z czego, w końcu wróciliśmy do dobrze nam znanej odległej galaktyki, w której - jak to stwierdził Mark Hamill - zmieniło się wszystko, a jednocześnie nie zmieniło się nic. Powróciliśmy do domu. 

Korekta: Agnieszka Bukowczan-Rzeszut


blog comments powered by Disqus