"Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy" - recenzja wydania Blu-ray filmu

Autor: Mateusz Michałek
Korekta: Ewelina Chruściel
11 lipca 2016

Ale to już było…  

Trójka bohaterów, szkolenie Jedi, tajemniczy robot na pustyni, walka ze złem, a także Gwiazda Śmierci. Czy to skrócony opis Gwiezdnych wojen: Nowej nadziei? Nie! W taki sposób możemy również przedstawić Przebudzenie Mocy. Przypadek? Nie sądzę…

Film miał swoją premierę w grudniu, dlatego tym razem bezczelnie i arogancko porzucimy politykę SPOILER ALERT (obraz Abramsa widział już chyba każdy). Kylo Ren oraz wyrosły z popiołów Imperium, złowieszczy Nowy Porządek rosną w siłę, a Luke Skywalker przepadł bez wieści w bardzo odległej galaktyce. Rey – pustynna zbieraczka złomu (kogoś nam przypomina) oraz Finn, szturmowiec – dezerter (wątek równie naiwny, co oczekiwania Anglików na dobry wynik referendum), łączą siły z Hanem Solo i Chewiem (chłopaki forever-together) w poszukiwaniu ostatniej nadziei (słowo klucz) na pokój…

J.J. Abrams już od pierwszej sceny usiłuje udowodnić widzowi, że nakręcił remake Nowej nadziei w stylu swojego Star Treka. Na ekranie ponownie obserwujemy tajemniczego „złola” (Vadera w wersji dla nastolatków) oraz przekazanie tajemniczej informacji robotowi, który całkowicie „przypadkiem” spotyka na swojej drodze wielką nadzieję Jedi (niesamowicie nowatorskie rozwiązanie fabularne…). Kolejne sceny wyłącznie utwierdzają nas w przekonaniu, że twórcy w toporny sposób kopiują wzorce ze starej trylogii. Niestety wszystko to jest niezwykle wtórne i schematyczne, a sam Abrams porzuca kreatywność i innowacyjność świata wykreowanego przez George’a Lucasa, na rzecz oczekiwań onanistów klasycznych epizodów. Nie przypadkiem reżyser minimalizuje komputerowe efekty specjalne, które wypierane są w filmie przez realistyczne (lokalizacje) oraz mechaniczne i kukiełkowe odpowiedniki. To wszystko sprawia, że oglądamy obraz świetnie zrealizowany i wystylizowany na kino nowej przygody, urzekający specyficznym klimatem i olśniewającymi widokami, jednak w żaden sposób nie rozwijający uniwersum Gwiezdnych wojen.

Przebudzenie Mocy cierpi przez kiepski i niedopracowany scenariusz, rażący widzów brakiem logiki oraz niezwykłą naiwnością fabularną. Na szczególną uwagę zasługuje ciężki przypadek Kylo Rena, będącego groupies swojego sławnego dziadziusia (wydaje mu się, że jest kolejną reinkarnacją Vadera). Nieco słabo wypada również filmowy rozwój Rey, który można byłoby opisać jako „krótki poradnik, jak zostać Jedi” (bohaterka (bez szkolenia) posiadła wiedzę i umiejętności niedostępne dla Luke’a). Warto wspomnieć także o mówiącym mieczu świetlnym i kolejnej niedopracowanej Gwieździe Śmierci. Czy naprawdę tak wielkim problemem byłoby stworzenie nowej broni masowego rażenia? Prawdopodobnie, w kolejnych epizodach, producenci Gwiezdnych wojen ponownie zaskoczą widzów i zaproponują im…Gwiazdę Śmierci (były już trzy, więc czwarta również nikomu nie zaszkodzi).

Nowa odsłona serii to całkiem solidne kino rozrywkowe, pełne rozmachu i twórczego pietyzmu. Produkcja Abramsa zachwyca również świetnymi decyzjami obsadowymi, przezabawnym i sarkastycznym poczuciem humoru (genialna scena uciekających Szturmowców przed gniewem Kylo Rena, wyśmianie koncepcji bezinteresownego bohaterstwa oraz rozmowy z robotami), a przede wszystkim fantastycznymi powrotami ukochanych bohaterów (Han Solo i Chewie kradną każdą scenę).

Pozytywnie zaskakuje natomiast wydanie Blu-ray. Okładkę zdobi dobrze znany widzom plakat filmu, doskonale oddający klimat produkcji. Wewnątrz opakowania znajdujemy dwie płyty. Na pierwszej z nich znalazł się obraz Abramsa, który odpalamy korzystając z bardzo sprawnego i intuicyjnego menu, opatrzonego kluczowymi i niezwykle zachęcającymi filmikami. Standardowo otrzymujemy możliwość wyboru scen oraz wersji językowej (nasza rodzima została niestety ograniczona do napisów i dubbingu, całkowicie nie pokrywającego się z oryginalnymi kwestiami wypowiadanymi przez bohaterów). Wydanie Blu-ray to również doskonała jakość obrazu oraz dźwięku (charakterystyczna dla produktów Galapagos).

Zdecydowanie ciekawiej zapowiadała się płyta z bonusami. Znalazły się niej materiały dodatkowe trwające ponad 2 godziny. Po rozwinięciu menu otrzymujemy do dyspozycji możliwość zobaczenia 9 filmików specjalnych. Niestety, pomimo dobrych chęci dystrybutora, twórcy obrazu w większości nagrań powtarzają utarte i niewiele wnoszące do obrazu frazesy. Wypowiedzi osób odpowiedzialnych za Przebudzenie Mocy w pewnym sensie tłumaczą wtórność produkcji J.J. Abramsa, szczególnie dlatego, że ani razu nikt nie wspomina o…

… nowej trylogii, uznawanej wręcz za „niebyłą”. Z ciekawostek, znajdujących się w filmikach, dowiadujemy się o dość nieoczekiwanej kreacji Simona Pegga (nikt nie wspomina natomiast o Danielu Craigu), początkowym braku wiary Marka Hamilla w sens kręcenia kolejnych epizodów, miłości Boyegi do serii oraz o orientacji na klasyczne efekty specjalne. Najzabawniejsze jest jednak przejęzyczenie Johna Williamsa. Kompozytor dość nieopatrznie potwierdza słowa krytyków, że Kylo Ren jest nową wersją Vadera. Kuchnia filmowa to jednak przede wszystkim ciągłe „ble, ble, ble” (jak mawia mój półroczny syn) o próbie nakręcenia kolejnej Nowej nadziei (a po co było wmawiać ludziom, że to zupełnie nowy obraz). Materiały niewykorzystane zdają się potwierdzać, że Abrams dokonywał dobrych wyborów na etapie montażu, choć scena z Finnem zdecydowanie lepiej tłumaczy jego wewnętrzną metamorfozę, a wizyta Kylo Rena na Sokole Milenium zdaje się zapowiadać los Hana Solo.

Oglądając nowe Gwiezdne wojny do głowy przychodzą słowa piosenki Maryli Rodowicz: „Ale to już było i nie wróci więcej…”. Podobnie jest w przypadku obrazu J.J. Abramsa, będącego solidnym remakiem Nowej nadziei, jednak legendarna seria powinna mieć zdecydowanie więcej do zaoferowania widzowi niż powielanie utartych schematów i podążanie wydeptanymi ścieżkami.  Niemniej, Przebudzenie Mocy to pozycja obowiązkowa w kolekcji każdego fana uniwersum, zwłaszcza w świetnie przygotowanej wersji Blu-ray.



blog comments powered by Disqus