"Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi" - recenzja filmu

Disney kontratakuje

Każda kolejna premiera Gwiezdnych Wojen to wielkie wydarzenie. Twórcy, podsycając niecierpliwość fanów zwiastunami, plotkami i seriami fotosów, podkręcają napięcie do granic możliwości. W końcu nadchodzi chwila prawdy i wiemy już, czy Moc jest z nami. Czy Ostatni Jedi, nakręcony pod okiem = nowego reżysera,  zyskałby aprobatę mistrzów Jedi?

Rian Johnson zaczyna film zgodnie z radą Hitchcocka – od trzęsienia ziemi. Styl prowadzenia akcji zdaje się nie odchodzić od tego, co wcześniej zaserwował nam J.J. Abrams, bo spektakularne sceny akcji często są przecinane dowcipem. Dopóki nie wynika to jednak z autentycznych relacji między postaciami (a jest to rzadkie), trudno się szczerze śmiać.

Fabuła została tym razem rozciągnięta do – bagatela – 150 minut, co w przypadku uniwersum  Gwiezdnych Wojen jest rekordem. Niestety, ilość nie przekuwa się na jakość, chociaż po raz pierwszy w historii oglądamy kilka niezależnych wątków fabularnych. Akcja skupia się przede wszystkim na Rey, która przybywa na wyspę zamieszkaną przez Luke’a Skywalkera, by podjąć nauki u mistrza Jedi. To najciekawsza „nitka” fabularna”, która później rozrasta się o naprawdę interesujące wątki, włączając w to postać Kylo Rena. Kiedy akcja rozkręca się na dobre, wizualne nawiązania do Imperium kontratakuje zaczynają przybywać w dość wysokim stężeniu, by w samym finale osiągnąć apogeum. Nie ma to wpływu na samą fabułę, bo Johnson odchodzi od sentymentalnej gry J.J. Abramsa.

Poboczny wątek fabularny, w którym możemy zobaczyć Finna i nową bohaterkę Rose Tico, to pięta achillesowa Ostatniego Jedi. Rozciągnięta praktycznie na cały drugi akt intryga ani ziębi, ani grzeje. Niewielkim grzechem jest fakt, że ten wątek obniża znacznie tempo filmu. Gorzej, że wydaje się być kompletnie zbędnym dramaturgicznie zapychaczem czasu. Nawet jeśli Johnson łopatologicznie stara się przekazać  coś ważnego (problem kolonializmu i niewolnictwa), to w żaden sposób nie rezonuje to na dalszą część fabuły, a dodatkowy, zbędny humor sytuacyjny wprowadza dziwny dysonans. Brak balansu powagi i humoru jest tak zaburzony, jakby Johnson, niczym Lucas za czasów Mrocznego Widma,  jedną historią chciał zadowolić wszystkich, od przedszkolaka po dorosłego widza.

Największą zaletą Ostatniego Jedi jest powracający w roli Luke’a Skywalkera Mark Hamill. Nietrudno zgadnąć, że jego postać, mająca już ikoniczny bagaż emocjonalny i dramaturgiczny, bez problemu pozostawia w cieniu młodą ekipę bohaterów.  Hamill jest sercem i duszą tego filmu. Jest jego wybawieniem, ale jednocześnie przekleństwem, bo w najlepszych momentach to właśnie on gra pierwsze skrzypce i daje do zrozumienia, jak niewiele nowego oferują nam twórcy kolejnej trylogii. Na ironię zakrawa też fakt, że najlepiej obok niego zagrana postać, czyli Kylo Ren Adama Drivera, broni się wyłącznie dzięki charyzmie aktora.

Mimo powyższych wad Ostatni Jedi nie jest złym filmem, ale w kontekście świata Gwiezdnych Wojen można czuć rozczarowanie. Nowe wątki i postaci nie mają impetu, bo w  150 minutach spróbowano upchać jednocześnie tak niewiele fabularnie i tak dużo emocjonalnie. Trudno stwierdzić, czy to scenarzyści za bardzo uwierzyli w swoje umiejętności i magię marki Star Wars, czy może zapomnieli, że prawdziwe postaci buduje się tak, by wyobrażenia o nich miały własną przeszłość i przyszłość.

Nawet jeśli fabularne twisty bardziej zadziwiają, niż zaskakują, wybawieniem filmu jest porządnie rozpisany i przepięknie nakręcony 40-minutowy finał. Jest pełen wrażeń i Mocy, a jednocześnie  pokazuje, jak  film mógłby wyglądać, gdyby twórcy przyłożyli  się do budowania fabuły i kolejnych zwrotów akcji.

Trudno przewidzieć, w jakim kierunku będzie podążać nowa trylogia, ale jedno jest pewne – twórcy wyraźnie chcą przekuć mit Georga Lucasa w swój nowy mit i wygląda na to, że ta droga nie będzie łatwa. Jednak, parafrazując uniwersum Gwiezdnych Wojen, należy mieć nadzieję, choćby Moc tylko się tliła. 

Korekta: Pityez


blog comments powered by Disqus