Moc większa w 3D - recenzja filmu "Gwiezdne wojny: Mroczne widmo 3D" w wersji zdubbingowanej

plakat filmu Moc większa w 3D - recenzja filmu "Gwiezdne wojny: Mroczne widmo 3D" w wersji zdubbingowanej

Mija trzynaście lat od jednej z najbardziej oczekiwanych premier w historii kina – Mrocznego widma; oczekiwanych nie tylko przez fanów gwiezdnowojennej sagi. To zarazem trzynaście lat od dnia, kiedy wielu przeżyło największe rozczarowanie, inni – zachwyt, a jeszcze inni, zwłaszcza młodzi starwarsowi neofici – olśnienie. Teraz, kiedy mija również trzydzieści pięć lat od premiery oryginalnych Gwiezdnych wojen, możemy na nowo przekonać się, kto w swym osądzie na temat Części I był najbliżej prawdy.

Co nowego?

Oczywiście kluczową kwestią jest tu sam obraz wykonany, a właściwe przerobiony w technice trójwymiarowej, co sprawi czasem dość dziwne wrażenie, np. przy zbliżeniach, kiedy dalsze plany zwyczajnie rozmywają się. Ale taki juz urok przeróbek. Imponująco prezentują się natomiast te sceny, które łatwiej było przerobić, gdyż od początku powstawały w większości w pamięciach baz danych – wyścig podracerów, widoki Coruscant (w obu przypadkach dołączono także nowe ujęcia) czy sceny walk.

Oczywiście, brak fajerwerków, do jakich przyzwyczaiły nas już trochę typowe produkcje 3D, operujące nieco inną poetyką obrazu, ale nie przeszkadza to w zasadzie w odbiorze tej historii, która dziś, pozbawiona przytłaczającego bagażu oczekiwań i nienapiętnowana pamięcią o „oryginale” broni się znacznie lepiej. Zwłaszcza na tle aktualnej papki scenariuszowej, okazuje się, że historia wymyślona przez Lucasa, to wcale nie takie banalne „byle co na zbijanie kasy”. Nawet Jar Jar Binks, odsądzony przecież od czci i wiary, jest momentami naprawdę śmieszny.

W takim odświeżonym odbiorze z pewnością pomaga też magia kina – filmu oglądanego może nawet przez większość z nieodłączną już paczką szeleszczącego popcornu, ale jednak w zupełnie innym skupieniu, wydobywającym emocje praktycznie niedostępne nawet w domowym kinie z „wypasionym” sprzętem.

Stare-nowe

Obraz, choć z pewnymi, wymienionymi wyżej mankamentami robi ponadto lepsze wrażenie pod względem szczegółów (faktur) oraz kolorów (podciągnięte), co wobec silnie zarysowanych planów także inaczej kieruje uwagę widza, skupiając je na detalach wcześniej mniej zauważalnych w naładowanych nimi kadrach.

Jako że przekład rzadko należy do mocnych stron rodzimego kina – obojętnie czy w formie podkładu, czy też napisów, uwagę zwraca tłumaczenie Mrocznego widma, zachowane ponoć, podobnie jak dubbing, bez zmian w wersji z 1999 r. W tej wersji jest ono naprawdę niezłe, żywe i kto wie czy nawet nie lepsze niż oryginalne, w wielu miejscach potwornie drętwe dialogi stworzone przez samego Mistrza Ceremonii, lecz z całą pewnością nie wielkiego literata – George’a Lucasa. Po latach nieźle prezentuje się także sam dubbing, który, choć z początku brzmi nieco obco (Qui-Gon Jinn, Obi-Wan Kenobi) z czasem „rozkręca się”, jakby lektorzy coraz głębiej wchodzili w rolę. Najsłabszym ogniwem w tym towarzystwie jest Amidala/Padmé Naberrie, skupiona przez cały czas bardziej na własnej dykcji niż na emocjach królowej. Reszta brzmi nieźle, i lepiej niż nieźle, zatem można na film wybrać się z dzieckiem bez obawy, że pokaleczy sobie uszy. Oczywiście, z dzieckiem przynajmniej powyżej dziesiątego roku życia. Poniżej może przeżyć ciężki wstrząs...

Po rzezi, jakiej dokonał polski wydawca epopei Lucasa w formacie blu-ray na edycję 3D czekaliśmy z tym większą niecierpliwością. Szkoda zatem, że na kolejne części, a więc i całość, przyjdzie nam poczekać dość długo, bowiem ukazywać mają się one w rocznych odstępach. Nic to, zaczekamy, bo po Mrocznym widmie wiadomo, że warto.



blog comments powered by Disqus