Appleman, czyli nieoczekiwane pożytki z arogancji – recenzja filmu "Steve Jobs"

To nie jest kolejna ekranizacja artykułu z Wikipedii. Jeśli oczekujecie, że w filmie Danny'ego Boyle'a zobaczycie trudne dzieciństwo i młodość Steve'a Jobsa, dowiecie się, w jaki sposób poznał Steve'a Wozniaka i jak wspólnie założyli firmę Apple – rozczarujecie się. Scenarzysta Aaron Sorkin, który ma na koncie między innymi The Social Network i Moneyball, zilustrował kilka kluczowych wydarzeń z bogatego życiorysu Jobsa, pozostałe informacje o nim przemycając w dialogach i retrospekcjach. Sami twórcy przyznają, że przejaskrawili pewne fakty i uprościli inne w taki sposób, by służyły dramaturgii obrazu.

Sorkin i Boyle osnuli swoją opowieść o współzałożycielu Apple wokół trzech kluczowych dla jego kariery prezentacji. Obserwując towarzyszące przygotowaniom do premier kolejnych produktów zakulisowe rozmowy bohaterów , dowiadujemy się coraz więcej o tym, w jaki sposób Jobs zdobył swoją pozycję oraz jakim kosztem tego dokonał. Większość akcji rozgrywa się na zapleczach sal wynajętych na potrzeby prezentacji nowych komputerów – na korytarzach, w garderobach i pokojach. Bohaterowie rzadko wychodzą na zewnątrz, a akcja sporadycznie tylko przenosi się do innych miejsc. Zabieg ten kojarzy się z jednością czasu i miejsca akcji zastosowaną przez Alejandro Gonzáleza Iñárritu w jego z niezwykłym Birdmanie. W obu obrazach pełni on taką samą funkcję – zmaksymalizowania częstotliwości dialogów i skondensowania interakcji między bohaterami, a co za tym idzie – spotęgowaniu ładunku emocjonalnego. W filmie Boyle'a dodatkowo wzmocniony został on za pomocą ścieżki dźwiękowej.  Niemal nieobecna przez większość czasu, stanowiąca ciche tło wydarzeń, stopniowo narasta wraz z napięciem psychicznym bohaterów, by niemal eksplodować dźwiękami w chwilach najbardziej przejmujących.

Boyle postawił w swoim obrazie przede wszystkim na uczucia i wzajemne relacje postaci. Dokładniej rzecz ujmując, skupił się na emocjach Steve'a i jego interakcjach z rodziną, znajomymi i współpracownikami. Większość ekspozycji dokonuje się w filmie poprzez dialog oraz okazjonalne nagrania archiwalne i narrację z offu. Reżyser serwuje nam także kilka fenomenalnie wkomponowanych w główną akcję retrospekcji. Danny Boyle nie zastosował klasycznych przeskoków czasowych znanych z większości produkcji, postarał się raczej odtworzyć na ekranie funkcjonowanie ludzkiej pamięci, ukazując wywołane jakimś działaniem lub wypowiedzią fragmentaryczne, niejednokrotnie powtarzające się wspomnienia, których urywki przeplatają się z teraźniejszością. Próba ukazania na ekranie strumienia świadomości głównego bohatera sprawia, że dużo łatwiej jest się z nim utożsamić, a co za tym idzie – zrozumieć go. To nie zilustrowanie życiorysu Steve’a Jobsa, a poznanie jego osobowości i motywacji oraz targających nim uczuć interesuje Boyle'a i Sorkina najbardziej. I właśnie dzięki temu ich dzieło ogląda się z prawdziwym zaangażowaniem.

Niemała jest w tym też zasługa odtwórcy tytułowej roli. Michael Fassbender po raz kolejny udowadnia, że pomimo bycia aktorem dość charakterystycznym, potrafi wcielić się niemalże w każdą postać. Grał już między innymi politycznego więźnia z IRA, seksoholika, psychiatrę Carla Junga, superbohatera, androida oraz niezależnego muzyka o skrytej pod maską twarzy. Tylko w tym roku możemy go podziwiać w rolach podejrzanego kowboja, szekspirowskiego Makbeta… i Steve'a Jobsa. W każdym ze swoich wcieleń Fassbender wypada ponadprzeciętnie, a jako współtwórca Maca jest kapitalny! Idealnie oddaje złożoność aroganckiego i upartego biznesmena niepotrafiącego rozwiązać swoich problemów osobistych, a przy tym świetnego stratega i mistrza marketingu. Jobs w wykonaniu Fassbendera to butny i zarozumiały geniusz, który doskonale zdaje sobie sprawę ze swoich umiejętności. Jego cele są precyzyjnie sformułowane, a gdy zaczyna swoje plany wcielać w życie, nie ma skrupułów, które by go powstrzymywały.

Jednak nie tylko Fassbender może pochwalić się niebanalnym dorobkiem. Danny Boyle swojej karierze również nie stronił od rozmaitych gatunków i stylistyk. I niezależnie od tego, czy miał do czynienia z dramatem o narkomanach, horrorem o zombie, fantastycznonaukową historią o wyprawie w stronę słońca, czy opartym na faktach found footage, każdy jego obraz prezentował w swojej kategorii nową jakość. Podobnie jest z historią Steve'a Jobsa, która wyróżnia się na tle innych dramatów biograficznych swoją kameralnością i emocjonalną intensywnością, stroniąc jednocześnie od schematycznych rozwiązań charakterystycznych dla gatunku – nadużywania nagrań archiwalnych (te pojawiają się tylko w kilku miejscach, oddzielając kolejne akty obrazu) czy banalnego posłowia.  Choć zakończenie filmu ma jednoznacznie pozytywny wydźwięk i ewidentnie służy ociepleniu wizerunku protagonisty, daleko mu do hollywoodzkiej ckliwości znanej z wielu biograficznych laurek.

Jeżeli chcecie poznać pełną historię jednego z najbardziej wpływowych ludzi w branży komputerowej, będziecie zmuszeni szukać informacji w książkowej biografii albo w sieci. W ostateczności możecie pokusić się o obejrzenie niezbyt pozytywnie ocenianej produkcji Jobs z Ashtonem Kutcherem. Aaron Sorkin i Danny Boyle nie chcieli stworzyć kolejnego podręcznikowego obrazu biograficznego. Zamiast tego postanowili za pomocą teatralnych środków wyrazu skonstruować trzyaktowy dramat, w którym wydarzenia z życia Jobsa stanowią wyłącznie punkt wyjścia dla serii fikcyjnych sytuacji, za pomocą których twórcy starają się zgłębić psychikę protagonisty.

"Muzycy grają na instrumentach, ja dyryguję orkiestrą" – mówi w pewnym momencie tytułowy bohater. I trafia tymi słowami w punkt. Steve Jobs nie jest po prostu biografią szefa Apple. To dramat o genialnym dyrygencie, który nie cofnie się przed upokorzeniem wirtuozów i doprowadzeniem teatru na skraj bankructwa, byle postawić na swoim. A sukcesy, które odnosi, tylko utrudniają jego jednoznaczną ocenę.

OCENA: 9/10

Korekta: Joanna Biernacik


blog comments powered by Disqus