"Legion samobójców" - recenzja filmu

 

Protagoniści, potwory i pączusie

Po obejrzeniu szalonego zwiastuna Legionu samobojców w każdym z fanów uniwersum DC zrodziły się konkretne (i wysokie) oczekiwania. Na widok eklektycznej ekipy wyrzutków, którzy prześcigają się w gagach i szalonych akrobacjach do dźwięków „Bohemian Rhapsody”, można było sądzić, że oto wreszcie miejsce ponurych, mrocznych klimatów zajmie produkcja zabawna, wywrotowa i kolorowa. Próżne nadzieje.

Wywindowane w kosmos oczekiwania przy efekcie o całe lata świetlne dalekim od choćby Strażników Galaktyki zawdzięczamy odważnej i agresywnej kampanii reklamowej, której film po prostu nie sprostał. Całość pochłonęła aż 175 mln dolarów, z czego dziesięć poszło jeszcze w kwietniu na powtórki niektórych ujęć. Nawet przyjmując, że na jedyną autentycznie zapadającą w pamięć sekwencję potyczek i pościgów wydano kwotę czterocyfrową, a każdy udany gag warty jest kolejny milion, to efekt końcowy okazał się tani. Kiepskie dialogi, zbędni (anty)bohaterowie, kompletny brak logiki, ukryte porno i śmieszno-straszne CGI nie są w stanie pociągnąć sztampowej, dziurawej fabuły. Drodzy fani i fanki – oto przykład kompletnie zmarnowanego potencjału i szansy na krok milowy w kinie superbohaterskim.

„Ten film nie może być gniotem, przecież to niemożliwe!” – nasuwa się protest. A jednak już scena otwierająca niesie w sobie tyle zabawy i humoru, co spacer po opuszczonym psychiatryku. Jak wiadomo, wszelkie decyzje rządowych oficjeli na temat bezpieczeństwa narodowego zapadają nad średnio wysmażonym stekiem i lampką Merlota. Być może Ayer właśnie nad kotletem pisał swój scenariusz. Co mu z tego wyszło?

Oto film, w którym jeden z najbardziej ukochanych superbohaterów, jakich kiedykolwiek stworzono, Batman (Ben Affleck) chowa się za plecami dziecka przed mierzącym do niego zbirem i poddusza podtopioną i ledwie przytomną dziewczynę na masce samochodu. Dobrze, że przynajmniej wcześniej ją uratował.

Oto film, w którym modelka-aktorka Cara Delevigne mierzy się z rolą pradawnej wiedźmy o fatalnym guście w zakresie doboru garderoby, kopiującą styl Akashy z Królowej potępionych i kapłanki Zjadaczy Umarłych z 13 wojownika. Jakby tego było mało, towarzyszy jej legion ludzi-wrzodów, których wiedźma produkuje fabrycznie całując namiętnie wysyłanych przeciwko sobie żołnierzy. Z kolei w retrospekcjach, w roli uroczej, lecz najwyraźniej głupszej od swoich odrażających sługusów pani archeolog, wkracza do ukrytej głęboko w dżungli świątyni, gdzie rozpoczyna badania od urwania głowy liczącej pewnie kilka tysięcy lat, zapewne bezcennej figurce.

Oto film, który obiecał fanom zupełnie nowego Jokera, podsycając oczekiwanie historiami o dręczeniu kolegów z planu i szalonych metodach przygotowywania się do roli spod znaku szczurów i zużytych prezerwatyw, a podarował ledwie kwadrans i to głównie w formie retrospekcji. Cały szum wokół Jokera okazał się marketingową bańką, która po głośnym huku pozostawia jedynie echo dziwnej nierównowagi, gdy postać balansuje między niewielką rólką drugoplanową, a udziałem gościnnym. Co gorsza, w scenach z Margot Robbie zabrakło choćby odrobiny szaleńczej namiętności. W efekcie rola Jareda Leto nie jest w stanie ani zachwycić, ani tym bardziej zagrozić ekranowym wyobrażeniom Jokera, które uwiodły wcześniej widzów dzięki niezapomnianym kreacjom Jacka Nicholsona i Heatha Ledgera.

Oto film, który serwuje widzom drużynę złożoną m.in. z cynicznego płatnego zabójcy i kochającego taty Deadshota (Will Smith), gangstera Diablo o ognistym temperamencie, aktualnie odbywającego pokutę (Jay Hernandez), australijskiego złodzieja o dziwnych fetyszach imieniem Kapitan Boomerang (Jai Courtney) i kanałowego człowieka-jaszczura-kanibala Killer Croca (Adewale Akinnuoye-Agbaje). Z tego przepisu wychodzi zupełnie niesmaczne danie, a pośród galopującej akcji bohaterowie mają za mało czasu, żeby się obdarzyć wzajemną sympatią czy antypatią, że już nie wspomnę o nawiązaniu się między nimi (czy z nimi) jakiejkolwiek więzi. Jeden z nich jest zwykłym mięsem armatnim, inni istnieją chyba tylko po to, żeby zabijać. W zespole brak spójności, celu czy znaczenia, a widz pozostaje bez odpowiedzi na zupełnie uzasadnione pytanie, dlaczego akurat te konkretne umiejętności tych konkretnych postaci są pożądane dla wykonania przez nich rządowej misji.

Gwiazdą filmu jest punkowa barbie-cheerleaderka Harley Quinn (Margot Robbie). Przy całej złożoności swojej bohaterki została ona zredukowana do seks-maskotki w obrazie, który stara się przełamywać schematy, lecz tonie w nich poprzez wypełniające kadr fizyczne atrybuty postaci. I choć przecież Robbie nie jest największą gwiazdą obsadzoną w filmie (oczywiście jest nią Will Smith), to właśnie jej kampania reklamowa poświęciła najwięcej uwagi. Nie, to na pewno nie przez jej kuse, cekinowe spodenki. Na pewno także nie przez dwa tańce erotyczne (w tym jeden ledwie w bieliźnie, do mrocznego hymnu Lesley Gore You Don’t Own Me), ani bieganie w butach na kilkunastocentymetrowej szpilce, ani moknięcie na deszczu. Umyka gdzieś wątek życia w pułapce toksycznej relacji i psychicznego zniewolenia bohaterki, która pod całą otoczką szaleństwa i agresji chce jedynie zostać żoną swojego „pączusia”, żegnającą go co dzień rano w szlafroku, wałkach na głowie i z dziećmi w ramionach. Gdy mówi do strażnika, że sypia gdzie chce, kiedy chce i z kim chce, liżąc sugestywnie pręty, wyraźnie wychodzi z roli wykolejonej antybohaterki na rzecz uosobienia „mokrego snu” każdego nastolatka.

Reżyser-scenarzysta David Ayer zaoferował fanom zarówno wizualny, jak i narracyjny bałagan. Czasem trudno się połapać w konkretnych scenach, bo większość akcji ma miejsce w nocy, w deszczu albo nocą w deszczu. Narracyjnie Legion… kuleje pod względem tempa i spójności, scenariusz ciągnie się, zrywa i lepi niczym różowa guma balonowa, a fabuła jest bardziej dziurawa niż kabaretki Harley Quinn. Pełno tu klisz i sztampy, a widz ponownie otrzymuje nudnawe dywagacje na temat tego, czy (anty)superbohater jest tak właściwie dobry, czy może jednak zły. Potężny fetysz przemocy i broni, ilustrowany scenami ekranowej sieczki oraz spadającymi w zwolnionym tempie setkami łusek ani nie ekscytuje, ani nie wnosi nic nowego. Przez falstarty, dziwacznie, niemal przypadkowo wyskakujące retrospekcje i nadmiar „gościnnych” bohaterów (Superman, Batman, Flash), film rozkręca się porządnie mniej więcej po godzinie. I nawet muzyka, choć pełna kultowych rockowych, hip hopowych i popowych hitów, jak wspomniane już You Don’t Own Me, a także House of the Rising Sun, Sympathy for the Devil, Without Me czy Fortunate Son, odwraca uwagę i momentami drażni.

Gdy Deadshot określa przypominającą tornado machinę zagłady mianem „wirującego pierścienia śmieci”, trudno wyzbyć się niepokojącego uczucia, że właśnie tym – i niczym więcej – jest Legion samobójców. Miało być komiksowo, ekscytująco, mrocznie i przewrotnie niczym w Deadpoolu, a jest produkcja z kategorią PG-13, która znudzi i rozczaruje co bardziej wymagającego nastolatka. Reżyser czujący się świetnie w produkcjach surowych i moralnie niejednoznacznych poległ w starciu z komiksowymi postaciami. Na nowojorskiej premierze filmu ponoć wykrzyczał „P… się, Marvelu!” Niestety to czcze przechwałki, bo jego film nie jest żadnym przełomem w kinie superbohaterskim – ani dla DC, ani dla gatunku.

Z drugiej strony są w Legionie rzeczy, które dadzą się lubić. Mamy tajny projekt rządowy, mający na celu zmianę „najgorszych z najgorszych” w ostatnią linię obrony. Mamy kojarzący się fanom kina akcji sprzed trzech dekad (i Kurta Russella) motyw zmuszenia złoczyńcy do wykonania etycznej misji poprzez szantaż mikrobombą umieszczoną w ciele. Mamy wypraną z uczuć, amoralną, bezkompromisową i doskonale ubraną Violę Davis w roli Amandy Walker, kradnącą każdą scenę, w jakiej się pojawia. Mamy cynicznego Deadshota, który miota się między rolą płatnego zabójcy i obowiązkami rodzicielskimi wobec 11-letniej córki. To jemu film zawdzięcza najbardziej spójny wątek emocjonalny i najlepsze gagi, choć wątek usprawiedliwiania wyrządzonego zła miłością do dziecka wydaje się tandetny i sztampowy. Cały film celuje jednak w manipulację emocjami widza raczej niż ich angażowanie. Wreszcie niewątpliwie mamy najbardziej ambitne pod względem wizualnym i naszpikowane akcją kino superbohaterskie (czy może antybohaterskie) roku.

I choć większość widzów wyjdzie z kina z wrażeniem, że zamiast jajka-niespodzianki dostali krzykliwie kolorową, lecz pustą w środku pisankę wielkanocną, to i tak film na siebie zarobi. Fani zapłacą, obejrzą, pocieszą się lub pomarudzą i zapomną w oczekiwaniu na kolejną superprodukcję albo w nadziei, że sequel czy spin-off będzie lepszy. Parafrazując słowa Harley: „Jesteśmy fanami, my tak już mamy”. 

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus