Superherosi z ulicy

Superbohaterowie to zdecydowanie produkt amerykański. Tam, gdzie brakowało dawnej historii, trzeba było stworzyć własną mitologię. Nie dziwota wiec, że to właśnie na tym kontynencie superherosa (prawdziwego, w odróżnieniu od superbohatera) spotkać najłatwiej. Nocą na ulicach jest ich naprawdę sporo. Salt Lake City, Vancouver, Nowy Jork, San Diego, Orlando – prawie każde z wielkich miast na swego własnego. W samych Stanach Zjednoczonych stowarzyszenie RLSH (Real-Life Superhero) liczy ich ponad trzystu!

Na co dzień pracują, uczą się, trenują, gromadzą sprzęt. Nocą patrolują ulice – szczególnie te niebezpieczne – pomagają słabszym, bezdomnym, przeganiają dilerów, wyłapują nawalonych kierowców. Po prostu "strzegą swego miasta" – tak widzą swą misję. I nie jest to przygoda na jeden raz, na „łykend”, ale zajęcie na pełen etat, choć nie płatny. Przeciwnie, wielokrotnie przychodzi im do interesu dołożyć, bo kostium, wyposażenie, szkolenia kosztują, podobnie jak najpotrzebniejsze przedmioty dla biednych czy zabawki dla dzieciaków ze schronisk. Kupują je za własne pieniądze.

Odpowiedzi na zadawane pytania oraz zestawianie cech charakterystycznych czy słabości ukazują realne oblicze "prawdziwych superherosów". To ludzie, którzy w imię misji wyrzekli się prywatności – nie mają na nią czasu – często potłuczeni przez życie, wiedzący, że jeśli nie ruszą w teren, takich potłuczonych jak oni będzie więcej. Na pewno są trochę zakręceni, ale reżyser Mike Barnett traktuje ich z sympatią. Ba, uczestnicząc z kamerą w rozlepianiu ulotek zdaje się nawet zachęcać do przyłączenia. Jednak portrety, które zarysował w swym dokumencie używając nagrań, wywiadów, animacji, nie są wcale jednoznaczne.

Superherosi nie mają supermocy, więc czasem się boją, bo codziennie mogą zarobić kulkę od wkurzonego dilera. Walcząc ze złem, borykają się z różnymi jego przejawami, przede wszystkim z obojętnością. Czy rzeczywiście chronią swe społeczności przed przestępczością? Czy nie zbliżają się zanadto do roli sędziów? A może kusi ich łatwo dostępna broń i przemoc? Są prawdziwymi bohaterami czy szkodliwymi pajacami? Pewnych kwestii Barnett wcale jednoznacznie nie rozstrzyga.

Lokalne władze chwalą superherosów za społeczne zaangażowanie, policja gani za samowolę. Ich zachowania i postawy analizuje psycholog kliniczny. Sam Stan Lee, twórca wielu komiksów Marvela, wypowiada się o nich z uznaniem, ale i troską… Bo niby są prawdziwi, ale napotykają problemy tak dobrze przecież znane z kart "totalnie urojonych" komiksów.

Nas, Europejczyków, goście ganiający po ulicach w maskach i pelerynach, mogą wydać się śmieszni. Ale w czym są śmieszniejsi od bractw rycerskich czy militarnych grup rekonstrukcyjnych? Czy one również maja zaszczepione to poczucie posłannictwa, wspierania potrzebujących? Bo tak swoje zadania widzą Mr. Xtreme, Thanatos, Zimmer czy legendarny Master Legend.

W finale Burnett mówi jasno: do bycia prawdziwym superherosem nie potrzeba przebrania, ale gdyby nie ono, nie udałoby mu się zmontować pewnego wstrząsającego zestawienia. Oto w San Diego zaczyna się Comic-Con, a kilka ulic dalej w upale RLSH rozdają ubogim wodę. "Jesteście z Comic-Conu? / Nie, my jesteśmy ci prawdziwi. / A, ci prawdziwi…" Jeśli kogoś to nie rusza, to naprawdę żyjemy w popapranym społeczeństwie.



blog comments powered by Disqus