Makabryczne, idiotyczne, zabawne...

plakat filmu Makabryczne, idiotyczne, zabawne...

Postać demonicznego golibrody, polującego na klientów pośród ciasnych i brudnych uliczek Londynu narodziła się w Anglii około połowy XIX wieku. Następnie był on wielokrotnie wskrzeszany przez różnych twórców, aż doczekał się w 1979 roku słynnego musicalu Stephena Sondheima. Na deskach Broadway polały się wtedy wiadra sztucznej krwi, a co wrażliwsi poczuli się zniesmaczeni tak solidną dawką makabry, groteski i czarnego humoru. Był wśród nich i, młody wówczas, Tim Burton – bynajmniej nie zniesmaczony.

Do tej swoistej karuzeli (a może lepiej – fotela) z trupami zaprosił aktorów, których nie trzeba reklamować – Johnny’ego Deppa, Sachę Baron Cohena, Helenę Bonham Carter i Alana Rickmana. Choć ich popisy wokalne nie są doskonałe – zwłaszcza „Borat” fałszuje spektakularnie, ale i z fasonem – i choć aktorzy niewiele się poruszają, to na miano „musicalu” film zasługuje chociażby ze względu na perfekcyjnie kostiumy i wiernie oddany – muzyką i obrazem – klimat dusznego, biednego i ciemnego Londynu z epoki wiktoriańskiej. Co najważniejsze – wygląd aktorów nie łudzi kostiumowym realizmem epoki, od początku mamy do czynienia z przerysowaniem, które przywołuje teatralne decorum.

Mrok, brud, odcienie szarości, chodniki zlewające się budynkami, a te z kolorem nieba, to przestrzeń, po której poruszają się rozgoryczone i złe postacie (pani Lovett i pan T.), które spotkały się chyba tylko po to, aby nawzajem w sobie pielęgnować najgorsze cechy charakteru; skoro wszyscy ludzie potencjalnie zasługują na śmierć, to w pewnym sensie już umarły Benjamin Barker chętnie poćwiczy na nich podrzynanie gardeł, a praktyczna pani Lovett zutylizuje zwłoki z pożytkiem i dla smakoszy pasztecików, i dla podupadającego biznesu.

Na uwagę zasługuje konstrukcja pasożytniczej symbiozy, która łączy głównych bohaterów – każde z nich ma głęboką nadzieję wykorzystać drugie do własnych celów. Łącząca ich relacja jest przy tym do głębi absurdalna i do głębi zabawna: ona dla niego w ogóle jakby nie istnieje, jest dla niego w najlepszym razie niezwykle przydatną właścicielką spalarni zwłok, ona z kolei ma nadzieję pewnego dnia przemienić go w ckliwego amanta. Mało tego – rozmarzone wizje pani Lovett to, w sensie dosłownym, najjaśniejsze, najbogatsze w kolory fragmenty filmu, które na tle powszechnej smuty wywołują równie adekwatne wrażenie, co barwny, wesoły bukiecik na trumnie umarłego.

„Horror” – to zdecydowanie niewłaściwe określenie w odniesieniu do Sweeney Todd. Podobnie rzecz ma się z „komedią”. Film, który zdobył dwa Złote Globy, zręcznie bowiem balansuje na granicy dramatu, tandety (ach, ten, wałęsający się jak kundel, zakochany młodzieniec i sikająca krew!) i szalonego brytyjskiego humoru „na poważnie”. Jeśliby chcieć szukać odniesień w innych filmach, to nasuwa się Delicatessen – równie makabryczne, co miejscami idiotyczne, ale suma sumarum, niezwykle zabawne. Dawno też od czasu Delicatessen nie było filmu równie groteskowego i fascynującego, wprawiającego widza w taki rodzaj zmieszania, że od natłoku sprzecznych wrażeń, nie wiadomo do końca, co myśleć.

Podyskutuj o tym filmie na forum!


blog comments powered by Disqus