Zmieniłbym konstrukcję - rozmowa z Bogusławem Wołoszańskim

Tomasz Piechal: Niedawno został wyemitowany ostatni odcinek Tajemnicy twierdzy szyfrów. Jak ocenia pan to przedsięwzięcie? Sukces? Porażka?

Bogusław Wołoszański: Bez wątpienia sukces. I nie jest to tylko moja opinia, która, jako, że jestem twórcą tego serialu, jest z pewnością nieobiektywna. Zostały przeprowadzone badania opinii publicznej, z których wynika, że Tajemnicę twierdzy szyfrów oglądało trzy miliony telewidzów, a co ważniejsze, tzw udział w widowni wynosił 21-24% co oznacza, że w piątkowy wieczór na ¼ telewizorów oglądano Twierdzę. Pokonaliśmy konkurencję, choć była bardzo silna. To jest miara sukcesu. Zawsze jednak konfrontacja wyobrażeń, które się miało przed przystąpieniem do produkcji, z efektem końcowym prac jest bardzo trudna. Pojawiają się wnioski, które trzeba umieć wykorzystać.

Jakie wnioski pojawiły się przy Tajemnicy twierdzy szyfrów? Czyżby coś się nie udało?

Och! Jak w każdym wielkim przedsięwzięciu. Proszę pamiętać, że ekipa, która robi serial liczy sobie przeszło 70 osób plus 70 aktorów. To jest ogromny okręt, którym steruje się wyjątkowo trudno. Sam fakt, że udało mi się doprowadzić całe to przedsięwzięcie do końca, daje mi satysfakcję. Nie zmienia to faktu, że widzę błędy, które popełniłem również ja sam, jako scenarzysta i producent. Widzę sceny, które powinny być inaczej nakręcone, powinny mieć inny charakter. Tak jest jednak zawsze przy tak ogromnym przedsięwzięciu.

Cieszy pana sukces, ale czy cieszy pana sam serial? Jest pan z niego zadowolony?

Bez wątpienia. Ja jestem z niego dumny! Natomiast, gdybym teraz kręcił kolejny serial, to bym wiele rzeczy zrobił inaczej.

Na przykład?

Przede wszystkim zmieniłbym konstrukcję serialu. Przy tworzeniu Tajemnicy twierdzy szyfrów przyjąłem założenie, że robimy 13-godzinny film, podzielony na 13 odcinków. Teraz każdy odcinek byłby oddzielną całością, aczkolwiek zmierzającą do wspólnego finału.

Pozwoli pan, że przeczytam panu dwie, wg mnie, wielce wymowne opinie internautów na temat Tajemnicy twierdzy szyfrów. Podkreślam, że pisali to fani tego serialu. „Odcinek 7 (…) Zwolnienie tempa akcji było, ale jednak dialogi między różnymi postaciami nadawały odcinkowi odpowiedni klimat.”. Druga: „Tym razem wartkiej akcji było niewiele, ale zrekompensowały to jak zwykle świetne dialogi i niepowtarzalny klimat serialu”. Zwolnienie tempa akcji, wartkiej akcji niewiele. Czyli, że co? Nuda? Nic się nie dzieje?

Dlaczego ocenia je pan jako „wielce wymowne”? Z jednej strony mamy badania, które stwierdziły, że przez 13 tygodni, w piątki, o 20.20, trzy miliony widzów miało włączone TVP1 i oglądało „Tajemnicę twierdzy szyfrów”. Z drugiej dwie anonimowe wypowiedzi z Internetu…

Te wypowiedzi są sygnowane imieniem i nazwiskiem.

Domyślam się, że to osoby cieszące się powszechnym autorytetem, mające pewne dokonania filmowe na swoim koncie…

Ale czy te wypowiedzi nie potwierdzają tego, co pan wcześniej powiedział? Że wina leży w tym, że podzielił pan jeden film, jedną całość, na 13 odcinków? Może to jest ten błąd, który przyczynił się do tego, że akcja „się wlecze”.

Nie mówiłem o błędzie. Mówiłem o wnioskach, jakie nasunęły mi się po analizie badań i wysłuchaniu opinii na temat mojego serialu. Teraz rozumiem, że w telewizji bardziej się sprawdza koncepcja odcinków, które stanowiąc oddzielną całość, są ze sobą sprzężone.

W takim razie może wina leży w niskim budżecie? Na każdy odcinek przypadało jedynie 800 tys. zł.

Ja mówię o sukcesie, pan – uporczywie o winie i błędzie. Rozumiem, że to dziennikarstwo atakujące, odważne. Fakt, budżet był dużym ograniczeniem. Koszt realizacji współczesnego serialu, kręconego w Warszawie wynosił mniej więcej tyle, ile my mieliśmy pieniędzy. Tyle tylko, że my kręciliśmy 600 km od Warszawy. Koszty wynajmowania zamku, pojazdów, kostiumów były niebagatelne. No, ale, suma sumarum, wyrobiliśmy się z budżetem, choć z trudem.

Może, dlatego się państwo wyrobili w budżecie, bo za przeproszeniem, „laliście wodę”? Mam tu na myśli sceny typu wjeżdża motor na zamek. W normalnym filmie, trwałaby ona kilka sekund. W Tajemnicy twierdzy szyfrów 30 sekund, minutę, półtorej, jak nie więcej. Sprawdzane są dokumenty, salutują żołnierze itp. A akcja stoi! Oczywiście, widzimy tu dbałość o szczegóły, sposoby salutowania itd. są dopracowane do perfekcji, ale może warto było zmniejszyć te elementy, na rzecz zwykłej akcji?

Myślę, że nadejdzie czas, gdy obejrzy pan serial i wskaże mi scenę, w której motocykl jedzie przez „30 sekund, minutę, półtorej”. Konstrukcja filmu to już pytania do reżysera i pewnej estetyki, którą przyjęliśmy odtwarzając sceny sprzed ponad pół wieku, atmosferę zamku. A ja powiem, że warto zauważyć sceny robione z ogromnym rozmachem, wykorzystaniem komputera, po raz pierwszy na taką skalę w polskim filmie, plenerach i wiarygodności historycznego obrazu, a przede wszystkim wspaniałą grę aktorską Małaszyńskiego, Frycza, Żaka, Szyca, Gruszki, Dereszowskiej. Ale jak rozumiem kanon dziennikarstwa atakującego na to nie pozwala.

Chyba pan nie uważa, że owe trzy miliony widzów patrzy się na to, po czym jedzie motor.

Pan mówi o jednej scenie, a chyba nie tylko tę pan widział. W Tajemnicy twierdzy szyfrów podstawą był klimat, możliwość przeniesienia się w inny czas, wejścia w akcję, która dzieje się na zamkach, ukazuje walkę wywiadów. Dla tych rzeczy ludzie oglądali ten serial.

A propos szpiegostwa. „Tajemnica twierdzy szyfrów” poruszyła bardzo ciekawe zagadnienie- działalność polskiego wywiadu w czasie II WŚ. Na konferencji prasowej serialu wspominał pan, że ma nadzieję, że „Twierdza szyfrów” przyczyni się do lepszego poznania tego aspektu IIWŚ. Wcześniej w „Sensacjach...” parokrotnie pojawiał się ten wątek. Muszę, więc zadać to pytanie- czy działania polskiego wywiadu były naprawdę tak spektakularne?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że na ten temat wiemy bardzo niewiele. Zachowało się bardzo mało dokumentów. We wrześniu 1939 roku niszczono materiały polskiego wywiadu, ażeby nie wpadły one w ręce niemieckie. Niestety, dużą ich część najeźdźcy zdobyli, co wiele osób przypłaciło życiem. Potem, już po wojnie, polski wywiad na emigracji, również niszczył swoje archiwa. Tym razem, żeby żadne informacje nie przeciekły do Rosjan. Wreszcie, dokumenty składane w brytyjskich archiwach, przepadły, jakoby w wyniku pożaru. Tym samym, zostało zatartych bardzo wiele śladów działalności naszego wywiadu. W jego historii istnieje wiele białych plam, które należy wypełniać. Jeżeli nie faktami, to chociażby filmami, książkami, które opierałyby się na łączeniu literackiej fikcji i faktów czyli tzw. faction. To jest metoda stosowana na świecie od dawna, dzięki czemu wiele państw, jest notowanych w historii o wiele wyżej, niż na to by zasługiwały. My, niestety, nadal mówimy, że jak nic nie wiemy, to nic nie będziemy robić.

Dlaczego?

Myślę, że to wynika z takiego przyzwyczajenia, że musimy mieć tylko twarde fakty, podczas gdy historia powinna być opowiadana na bardzo wiele sposobów. Nie należy przy tym zapominać, że jest ona ważnym narzędziem w polityce, gospodarce, służy ona kreowaniu pozycji narodów we współczesnym świecie. Nie ma się więc co dziwić, że gdy mówiąc o naszej historii tylko w formie dyskusji naukowców, nie potrafimy wypromować jej i potem nikt z zagranicy nie wie o naszym wkładzie w II wojnie światowej.

Mimo wszystko wydaje mi się, że chyba jednak coś wiemy na temat działań naszego wywiadu. Mam tu dane, które przygotowała brytyjska grupa badawcza na podstawie angielskich archiwów. Wg niej, informacje dostarczane przez polskich szpiegów były oceniane następująco: 25% przedstawiało wysoką wartość, 60% dużą, 12% było wartościowych, a tylko 3% zostało uznanych za mało lub nic nie warte. Patrząc na te dane możemy chyba być dumni.

Przede wszystkim przeczytał pan dane, które dotyczą zachowanych i udostępnionych materiałów. To wśród nich dokonano owego podziału. Tyle tylko, że my nie wiemy czy dotyczą one 100 depesz czy 100 tys. To jest punkt wyjścia. Po raz kolejny podkreślam- na temat działań polskiego wywiadu wiemy bardzo mało. Dokonania naszych asów, takich jak Krystyna Skarbek, Halina Szymańska czy Roman Czerniawski są w dużym stopniu owiane tajemnicą.

Nie mniej kapitanowi Czerniawskiemu poświęcił pan odcinek „Sensacji XX wieku”. Czyli coś pan o nim wiedział.

Owszem. Tyle tylko, że kpt. Czerniawski był w nim człowiekiem odpowiedzialnym za realizację zupełnie nierealnej wizji zawarcia sojuszu pomiędzy polskimi siłami zbrojnymi i Wehrmachtem. Ta koncepcja do tej pory jest przedmiotem licznych spekulacji. Nie jest wyjaśniony brak akt związanych z tą sprawą. Niemniej, wiemy, że był to pomysł Wilhelma Canarisa. Z tego powodu zwolniono kpt. Czerniawskiego z francuskiego więzienia i pozwolono mu polecieć do Londynu, gdzie przedstawił on płk. Gano plan tzw. „Wielkiej gry”. Czym był w istocie ten plan? Trudno powiedzieć. W tamtym czasie pojawiały się takie koncepcje, aby zjednoczyć się z Niemcami przeciwko większemu niebezpieczeństwu, którym miała być przechodząca do ofensywy Armia Czerwona.

Jaka była rola kpt. Czerniawskiego w „Wielkiej grze”?

Był łącznikiem między polskim a niemieckim wywiadem. Dlatego przekazał raport pt. „Wielka gra” szefowi polskiego wywiadu, pułkownikowi Gano. Chciał dotrzeć do Sikorskiego. Gano zapewnił go, że przekaże raport generałowi, przy czym podkreślił, że nie uważa, by Sikorski chciał się tym zająć. I tyle wiemy.

Czy zgadza pan się z głosami, że gdyby nie polski wywiad to wojna mogłaby trwać dłużej?

Nie przesadzajmy. W porównaniu z działaniami brytyjskimi, radzieckimi czy amerykańskimi, nie przypisywałbym polskiemu wywiadowi tak przełomowej roli. Twierdzenie, że gdyby nie polscy szpiedzy to wojna trwałaby dłużej, jest przesadą.

A Enigma? Rakiety V?

W tym wypadku trudno mówić o działaniach polskiego wywiadu. Przy Enigmie wielkie zasługi oddali nasi matematycy, kryptolodzy, którzy, przy pomocy wywiadu francuskiego, dokonali wyłomu w niemieckim systemie szyfrowania i umożliwili wywiadowi brytyjskiemu odczytywanie niemieckich depesz. Z kolei przy rakietach V, pierwszy sygnał przyszedł ze Szwecji, zaś broń ta nie odegrała poważniejszej roli w wojnie. Niemcy wystrzelili na Londyn prawie 3 tysiące rakiet V-2 czyli 3 tysiące ton materiałów wybuchowych. W czasie jednego dnia nalotu na Hamburg alianci zrzucili 2,5 tys. ton bomb.   Oczywiście, w późniejszej fazie, przy rozpracowywaniu tych rakiet, polscy agenci oddali wielkie zasługi, nie mniej cała sprawa była tylko jakimś odpryskiem działań wojennych, niemającym wpływu na ich długotrwałość.

Ale chyba jakieś sukcesy jednak były?

No cóż, po raz kolejny to powiem - my naprawdę mało wiemy. Nie wiadomo, co robiła Halina Szymańska, która była łączniczka pomiędzy Canarisem a wywiadem brytyjskim, co przekazywała. Nie wiadomo, jak wielkie były zasługi Romana Czerniawskiego. Czy naprawdę walnie przyczynił się do tego, że Niemcy zostali zmyleni, co do terminu i miejsca lądowania zachodnich aliantów we Francji w 1944r.? Niestety znamy tylko mały wycinek tej historii.

Gdzie szukać tej odpowiedzi?

Nigdzie. Chyba, że Brytyjczycy dojdą do wniosku, że jednak nie wszystkie materiały na temat naszego wywiadu się spaliły i zdecydują się je udostępnić. Istnieje możliwość, że część z nich została skopiowana i wysłana Amerykanom. Możliwe więc, że leżą teraz gdzieś głęboko schowane w Departamencie Stanu. Niemniej, póki co nikt się nie kwapi ich udostępnić.

Polski wywiad zaczął się tworzyć zaraz po 1918 r. Prawdziwy sprawdzian jego możliwości przyszedł już po dwóch latach, w czasie wojny polsko-bolszewickiej i wypadł on na duży plus dla Polaków. Mówi się, że to właśnie dzięki wywiadowi wygraliśmy tę wojnę.

Sprecyzujmy - dzięki wywiadowi radiowemu. Polski wywiad przecież nie istniał, gdyż nasze państwo dopiero się odradzało. Wtedy było niemożliwym posiadanie silnie rozbudowanej siatki szpiegowskiej w Rosji. Rozbudowaliśmy ją dopiero po wojnie, w latach 20. i 30., przy czym zanotowaliśmy wiele osiągnięć. To stało się potem jednym z głównych powodów niszczenia akt polskiego wywiadu w 1945 r. Pojawiło się niebezpieczeństwo, że dostaną się one w ręce rosyjskie np. poprzez oficerów, którzy wracali do Polski z Londynu i chcąc się wkupić w łaski nowej władzy, przekazaliby różne materiały, tym samym skazując na śmierć ludzi współpracujących z naszym wywiadem na terenie ZSRR. Jak sądzę, szef polskiego wywiadu dlatego w lipcu i sierpniu 1945 roku kazał palić archiwa. Zresztą, dlaczego Brytyjczycy twierdzą, że nie mają żadnych naszych akt, że wszystko spłonęło? Po prostu wywiad brytyjski przejął siatki wywiadowcze, które w czasie wojny stworzyli Polacy. Normalne, cywilizowane państwa bardzo chronią tajemnice swego wywiadu, bo on trwa, to jest ciągły proces. Ujawnienie dokumentów z okresu II Wojny Światowej mogłoby mieć wpływa na obecne działania wywiadowcze.

Dlaczego?

Bo historia jest ważnym elementem polityki. Stąd tak często posługuje się fałszem, niedomówieniami i kłamstwami.


blog comments powered by Disqus