"Zaplątani" - wywiad z twórcami filmu

plakat filmu "Zaplątani" - wywiad z twórcami filmu

Z której sceny w filmie jesteście dumni najbardziej?
Byron Howard: Pracujemy z Nathanem w następujący sposób: wymyślamy jakichś fajnych bohaterów i sceny, które stają się z miejsca naszymi ulubionymi. A potem robimy coś w tym stylu  - „hej, mamy masę świetnych rzeczy, więc teraz doróbmy do tego całą resztę i utrzymajmy ten sam, wysoki poziom!”. W ten sposób końcowy produkt jest tak solidny, że trudno wskazać jedną, ulubioną scenę. Na pewno przepiękna jest sekwencja z lampionami, to istny kamień milowy, jestem też bardzo, ale to bardzo dumny z subtelnego, emocjonalnego aktorstwa pod koniec filmu.

W prace nad filmem włożyliście mnóstwo energii, czy brak nominacji do Oscara bardzo was rozczarował?
Nathan Greno: Cała ekipa pracowała nad „Zaplątanymi” przez siedem dni w tygodniu, nikt nawet nie wziął urlopu, wszyscy chcieli, by film był perfekcyjny. Jesteśmy bardzo dumni z tego, co udało nam się stworzyć. A czy chcielibyśmy Oscara? Pewnie! Ale, jak to mówią, prawdziwą nagrodą jest możliwość pracy z ludźmi, którzy kochają to, co robią. No i widzowie uwielbiają ten film. Nie robimy tego dla nagród, ale by rozbawić ludzi.

Możecie powiedzieć kilka słów o waszych inspiracjach?
Nathan Greno: Jeśli o mnie chodzi, to będzie to „Dumbo”, jeden z moich ulubionych filmów wszech czasów. Zawsze się doskonale bawię podczas seansu, śmieję się i płaczę. Widziałem ten film jako dziecko i powiedziałem sobie, że będę kiedyś pracował dla Disneya. Byłem wtedy w pierwszej klasie, nie rozumiałem jak się robi animację, ale wiedziałem, że chcę dla nich pracować.

Niemal każdy film Disneya ma drugie dno. Jaki jest przekaz „Zaplątanych”?
Nathan Greno: Z pewnością jest on złożony. „Żyj swoimi marzeniami” - to na pewno! Mamy nadzieję, że ten komunikat dociera do widza. Dorastałem w robotniczym mieście w Wisconsin, pamiętam, że ludzie z mojej miejscowości mówili, że jestem wariatem, kiedy zwierzyłem się, że chcę pracować dla Disneya. Ale wierzyłem w swoje marzenie, ciężko na nie pracowałem. W naszym studiu jest mnóstwo ludzi z podobną historią. Roszpunka też ma swoje marzenia i nie pozwala, by cokolwiek przeszkodziło jej w ich realizacji. Mamy nadzieję, że „Zaplątani” zainspirują ludzi do wiary we własne marzenia.

Czy nazwalibyście „Zaplątanych” filmem feministycznym? Postaci kobiece w nim występujące, czy to dobre, czy złe, są silne i wytrwałe.
Glen Keane: Nie nazwałbym „Zaplątanych” ani filmem feministycznym, ani niefeministycznym. Myślę, że Roszpunka reprezentuje godną pochwały postawę niezależnie od płci. Według mnie jest obrazem każdej ludzkiej istoty, która rodzi się z błyskiem w oku, z potencjałem zostania kimś wielkim. A ściany, które ją ograniczają, są metaforą przeszkód, które napotyka każdy z nas, które nie pozwalają nam być tym, kim chcemy być. Więc tak, jest to film feministyczny, ale i bardzo męski, po prostu humanistyczny.

Co jest najważniejszą częścią procesu tworzenia postaci?
Glen Keane: Myślę, że postać istnieje jeszcze zanim zostanie zaprojektowana, porównałbym to do pracy Michała Anioła, który widział rzeźbę, jeszcze zanim wyłoniła się z marmuru. Jego zadaniem było uwolnienie jej. Dla mnie radość z tworzenia postaci polega na tym, że wierzę w jej prawdziwość, że z głębi serca tworzę coś godnego zapamiętania. Inspiracją są mi ludzie, których znam.  Jest to proces bardzo intymny, czasem robię setki, tysiące projektów, zanim odnajdę ten właściwy. Nagle przychodzi oświecenie, pewność, że „to właśnie to”, rozpoznaję swoją postać na papierze. Tak było z Roszpunką. Spojrzałem na nią i wiedziałem z całą pewnością, że to właśnie ona.

Chciałbyś dodać coś jeszcze na koniec naszej rozmowy?
Glen Keane: Studio Disneya było mi domem przez ostatnie trzydzieści siedem lat, wiele nauczyłem się obcując tam z artystami, mierząc się z wyzwaniami. Wielokrotnie mówiłem animatorom pracującym przy tym filmie, że gdyby urodzili się pięćset lat temu, projektowaliby teraz katedrę, jakieś malowidło albo fresk. Ale urodziliśmy się w tamtym stuleciu i nasza praca przy filmie to takie projektowanie katedry. Tak teraz pracuje artysta. Nadal otwieramy nasze serce i przelewamy na ekran to, co w nas siedzi, wkładamy siebie w animację. Tak wygląda przyszłość tej formy sztuki


blog comments powered by Disqus