Dość przyjemne filmidło

Autor: Ariakan
plakat filmu Dość przyjemne filmidło

Hollywoodzki czarodziej Steven Spielberg dał nam już straszne Szczęki, przygodowego Indianę Jonesa, dziecięco bajeczne E.T., dramatyczną Listę Schindlera, wojennego Szeregowca Ryana, by dać nam teraz...

Komedia, nie komedia...
No właśnie... Co to właściwie jest ten Terminal ? Ni to pies ni wydra. Ani to dramat, choć bohater dramatyczne ma przejścia. Ni to obyczaj; nie jest to też romansidło, chociaż flirtują tam nie tylko główni bohaterowie. Komedią romantyczną też bym tego nie nazwał. Ale komedią... Tak, komedia chyba będzie do tego pasować najbardziej. Choć daleko mu do typowych przedstawicieli tego gatunku. No dobrze, ale, o czym wujek Spielberg chce nam opowiedzieć tym razem?

Życie na lotnisku.
Pewnego dnia na nowojorskim lotnisku JFK ląduje samolot z najbardziej kłopotliwym pasażerem w historii lotniska. Dlaczego? W trakcie podróży, w Krakozji, kraju, z którego przybywa nasz pasażer, Viktor Navorski (Tom Hanks) doszło do zbrojnego zamachu stanu. Jego paszport traci ważność, a nowo przybyły gość traktowany jest jak nielegalny obywatel tymczasowo nieistniejącego kraju. Nie wolno mu postawić stopy na amerykańskiej ziemi. Nie wolno mu opuścić lotniska. Nie ma też jak wrócić do kraju.
Spielberg, wykorzystując biurokratyzm i absurdalność przepisów, czyni z biednego Victora więźnia na lotniskowym terminalu. Początkowo nieznający ni w ząb angielskiego nasz bohater czuje się kompletnie zagubiony w tłumie ludzi czekających do kontroli paszportowej, nadania bagażu, oślepiany neonami lotniskowych sklepów i restauracji. Z czasem zadomawia się w zamkniętym skrzydle lotniska, zjednuje sobie przyjaźnie wśród pracujących na lotnisku emigrantów aż wreszcie poznaje piękną kobietę (Zeta Jones).

Mogło być arcydzieło, wyszło przyjemne filmidło.
By dodać opowieści głębi Spielberg wprowadza też wątek tajemniczej misji, z jaką Viktor Navorski przybył do Ameryki. Nie powiem, o co chodzi by nie zdradzać fabuły. No właśnie, fabuła. W filmie nagromadzonych jest tyle wątków, tyle pomysłów, że w końcu żaden z nich nie został rozwinięty. Przeskakujemy tylko od jednej sceny do kolejnej. Poznajemy po łebkach kolejnych bohaterów. Wątek Viktora, przybysza z postokunistycznego kraju na wschodzie Europy, uwięzionego na lotnisku i perypetie z jego największym wrogiem Dixonem, czyli bezwzględnym dyrektorem lotniska (świetny Stanley Tucci). Wątek jego tajemniczej misji. Wątek jego przyjaźni z początkowo wrogim a z czasem przyjaznym mu personelem lotniska, od sprzątacza hindusa przez kierowcę melexa, po twardego, ale mającego serce szefa ochrony. Wątki poboczne tychże ludzi i w końcu romantyczny wątek pięknej stewardesy, która zauracza Vivtora od pierwszego spotkania.

Brak głębszego rozwinięcia większości z nich uważam za jeden z większych minusów tego filmu. Ale są też i plusy: jak zawsze rewelacyjny Tom Hanks, wypadający bardzo wiarygodnie w roli przybysza z Europy wschodniej. Kilka śmiesznych i dobrze zagranych scen. A całość ogląda się lekko i przyjemnie, bądź, co bądź wyreżyserował to jeden z najlepszych rzemieślników Hollywood.

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus