Arnie, nie powinieneś wracać! – recenzja filmu „Terminator: Genisys”

Nie od dziś wiadomo, że seria Terminator zmierza ku artystycznemu i jakościowemu upadkowi. Kolejne sequele potwierdzały tylko, że pierwsze dwa „odcinki” w reżyserii Jamesa Camerona były wspaniałym i wizjonerskim kinem. Lekiem na całe zło i szansą na nowe otwarcie cyklu miał być szumnie zapowiadany powrót Arnolda Schwarzenegera, który w filmie Alana Taylora daje z siebie wszystko to, co najlepsze. Niestety nawet „podstawiony Terminator” (jak śpiewały Elektryczne Gitary) nie potrafi udźwignąć całego tego chaosu, jakim jest Genisys.

Niedaleka przyszłość. W roku 2029 John Connor stoi na czele podziemia, walcząc z zagrażającymi ludzkości cyborgami. W tej nierównej walce musi zmierzyć się z siłami z przeszłości i… przyszłości. Aby zapewnić sobie przeżycie, wysyła w przeszłość zaufanego porucznika Kyle'a Reese'a, który musi uratować matkę Connora przed śmiercią. Jednak to, co żołnierz zastaje w 1984 r. zupełnie różni się od historii, jaką opowiadał mu Connor…

Terminator: Genisys to jeden z najgorszych blockbusterów, jaki ostatnio widzieliśmy w kinach. Scenarzyści już na wstępie kasują zdarzenia z solidnego Ocalenia, poprzedniej części serii z 2009 roku, które w perspektywie tego, co widzimy w nowym filmie i tego, co opowiada nam Reese w początkowej sekwencji, należy uznać za wykreślone z kanonu. Dalej jest niestety jeszcze gorzej.

Scenarzyści całkowicie przepisali historię z pierwszej i drugiej części Terminatora, dzięki czemu na ekranie obserwujemy całkowicie nietrafioną i fatalną próbę rebootu. To trochę taka forma świętokradztwa, jak w przypadku Spider-Mana, a przecież wszyscy wiemy, jak się skończyła dla produkcji Marca Webba.  Twórcy co prawda chcą nam pokazać bohaterów i serię po „liftingu”, to jednak ostatecznie są tak skuteczni w osiąganiu celów, jak Daniel Olbrychski w abstynencji.

Fabularny chaos rozgrywający się na ekranie potwierdza tylko, że obraz Taylora to film nikomu niepotrzebny, którego największym mankamentem są nieszczęsne podróże w czasie zaburzające chronologię i koncepcję fabularną produkcji. Historia zaprezentowana w Genesis jest przez to zbyt zagmatwana, a „wypad” bohaterów do 2017 r. – wtórny i nieudany. W czasie seansu, pomimo użycia nowych twarzy i próby restartu serii, obserwujemy utarte schematy i wielokrotnie powielane pomysły. Ile razy można próbować nie dopuścić do Dnia Sądu? Czy twórcom faktycznie zabrakło świeżych pomysłów? Z drugiej strony, intrygujący jest fakt, że były Doktor Who pojawił się w filmie, w którym podróże w czasie są tak niedorzeczne dla serialowych fanów  (panie Smith – wstydź się!). Na uwagę zasługują jednak wyłącznie delikatne powiewy świeżości, jakimi są próba personifikacji Skynetu, współczesna wizja drogi do apokalipsy maszyn i proces socjalizacji modelu T-800. Niemniej, to wszystko za mało, aby uznać nowego Terminatora za solidne kino sci-fi.

Bohaterowie Terminator: Genisys, podążając śladami produkcji Marvela, niemal na każdym kroku rzucają niewybrednymi sucharami. Postępują zgodnie z zasadą: walczysz z kimś – rzuć suchara, dyskutujesz z kompanami – strzel sucharem. Niestety po takiej dawce „żartów" kolejne teksty staną się co raz bardziej niestrawne. Najzabawniejsze są sekwencje z udziałem Arniego, który jak zawsze jest naturalnie drewniany, a przy tym spełnia marzenie fanów drugiej części: aby zobaczyć, jak ich ulubiony bohater asymiluje się w społeczeństwie.

Produkcji Taylora ewidentnie zabrakło również polotu i rozmachu inscenizacyjnego. Wszystko, co obserwujemy w czasie seansu, choć jest szalenie widowiskowe, to jednak przy obecnym rozwoju technologii okazało się odtwórcze i niewystarczające;  większością inspiracji scen akcji w Genisys są poprzednie obrazy serii bądź współczesne blockbustery.  Równie przeciętnie spisała się obsada aktorska, w której jednak szczególnie dobrze zaprezentowali się Arnold Schwarzenegger oraz Jason Clarke jako Johna Connora. Legendarny Terminator po raz kolejny świadomie wykorzystuje swoje aktorskie ograniczenia, dzięki czemu przekuwa sztuczność i znikomą plastyczność mimiki w pełny humoru i autoironii występ. Znacznie ciekawszy jest przypadek Clarke’a, który, pomimo kiepskiego przypadającego mu scenariusza, tworzy jedną z najciekawszych postaci w całej serii. Zdecydowanie słabiej zaprezentowali się natomiast Emilia Clarke (Sarah Connor) i Jai Courtney (Kyle Reese), którzy są w filmie wyłącznie marionetkami bez wyrazu. Na uwagę zasługuje intrygująca i odświeżająca serię kreacja Matta Smitha, którego epizodyczny występ może okazać się kluczem do kolejnego sequela.

W jednym z wywiadów James Cameron podkreślał, że TermInator: Genisys to świetny i widowiskowy obraz. Pytanie brzmi: czy na pewno go oglądał? Najnowsza odsłona jednego z najbardziej rozpoznawalnych filmowych cykli to produkcja pozbawiona klimatu pierwowzoru, niedorzeczna, absolutnie niepotrzebna i nadzwyczaj w świecie po prostu kiepska. Być może Terminator już nie powinien wracać….


blog comments powered by Disqus