"BFG: Bardzo Fajny Gigant" - recenzja filmu

Tam, gdzie żyją wielkie olbrzymy 

Ilekroć wybieram się do kina, moją miarą udanego doświadczenia filmowego jest bliżej nieokreślony termin „magia kina”. Ciężko go zdefiniować, przez każdego rozumiany jest inaczej. Jest jednak coś szczególnego w owym silnym wspomnieniu, którego nie uda się po prostu nazwać w inny sposób.

Niewielu jest reżyserów, którzy posiedli magiczną sztukę tworzenia tej atmosfery, ale Steven Spielberg z pewnością opanował ją do perfekcji. Po filmach, które należą do pokoleniowego kanonu, takich jak E.T., Bliskie spotkanie trzeciego stopnia czy A.I. Sztuczna inteligencja, reżyser powraca do kina familijnego, by jeszcze raz oczarować widzów. Spielberg wykonuje swoją robotę z wprawą i doświadczeniem, nawet, jeśli BFG: Bardzo Fajny Gigant jako film boryka się z kilkoma zasadniczymi problemami i zbytnim upodobaniem reżysera do filmowego lukru.

Dziesięcioletnia Sophie mieszka w sierocińcu, gdzie krążą tajemnicze opowieści o dzieciach porywanych przez okrutnych gigantów. Jak się przed nimi uchronić? Przede wszystkim, nie podchodzić do zasłony ani nie oglądać się za siebie. Oczywiście, ciekawska Sophie łamie wszystkie zasady i poznaje sympatycznego olbrzyma, który nie je dzieci, lubi za to ohydne zielone warzywa i para się polowaniem na sny. Tak zacznie się przygoda ich życia.

Film oparto na powieści popularnego pisarza literatury dla dzieci Roalda Dahla, autora chociażby Charliego i fabryki czekolady albo Fantastycznego Pana Lisa. W swojej interpretacji Spielberg postanowił oczyścić film z wszelkich mrocznych elementów i stonować go typowo pod kino familijne. Udaje mu się jednak wpasować w aktualne trendy ekranizacji baśni i powieści dla dzieci, wciąż nie tracąc nic ze swojej niszowej oryginalności, która cechowała na przykład E.T. BFG to żaden Labirynt Fauna, raczej niezwykle udana zabawa w stylu takich filmów z lat 80. jak Willow czy Goonies – jak więc widać, lata 80. wciąż nam towarzyszą. Spielberg podąża znanymi ścieżkami, które sam wytyczył. Charakterystyczny, ciepły i serdeczny klimat niejednego z jego filmów powiela się i w przypadku BFG. Choć niektórym może wydać się ociekający słodyczą i tryskający przesadnym optymizmem, widać tu wielką potrzebę reżysera ponownego zagłębienia się w świat dziecięcej wyobraźni.

Oczywiście znów pomaga mu w tym John Williams, którego baśniową ścieżkę dźwiękową można rozpoznać na kilometr. Nasz rodak i autor zdjęć Janusz Kamiński jak zwykle onieśmiela fascynującymi ujęciami stylowego Londynu i baśniowej Krainy Gigantów. Fantastyczny świat olbrzyma BFG jest pełen fascynujących detali, takich jak łapane przez bohatera sny i drzewo, które je rodzi. Połączenie efektów CGI z technologią motion capture, by sportretować olbrzymów, wyszło wyśmienicie. Przyglądanie się z bliska rysom twarzy BFG granego przez Marka Rylance’a nieraz odciągało mnie od śledzenia samego filmu, a to i tak wyczyn.

Spielberg zawsze miał oko do dziecięcych aktorów i nie pomylił się także w BFG. Można zarzucić Ruby Barnhill, że grana przez nią postać Sophie jest zbyt irytująca albo zwyczajnie zarozumiała, ale to właśnie jest świat dziecka, który pragnie nam przybliżyć Spielberg. Kino familijne to trudna sztuka, ponieważ wymaga wyczucia i swoistej szczerości, dzięki którym Spielberg zapewnia widzom przebojową, fantastyczną przygodę. Ruby Barnhill spełnia swoją rolę wybornie z prawdziwym polotem aktorskim, ale nie ulega wątpliwości, że niekoronowanym zwycięzcą filmu jest Mark Rylance, któremu współpraca ze Spielbergiem przy Moście szpiegów przyniosła przecież Oscara za rolę drugoplanową. Rylance ma w sobie magnetyzm dawnych gwiazd kina, co zawdzięcza też pewnie swojemu teatralnemu wyszkoleniu, a w roli BFG dominuje w każdej scenie. Jego przekomarzania z Sophie, kulinarne upodobania, poczciwość i rozbrajające błędy językowe zdobyły moje serce, a jego rola z łatwością może wpisać się w kanon fantastycznych postaci kinowych. Tak, tym razem tłumacze polscy nie pomylili się w tłumaczeniu tytułu – gigant jest naprawdę bardzo fajny.

BFG doskonale sprawdza się jako kino familijne, ale narracyjnie cierpi od fabularnych niedociągnięć. W filmie brakuje właściwie jasno określonego punktu kulminacyjnego, nie ma bezpośredniej konfrontacji ze złymi bohaterami, a przez to zmniejsza się realne napięcie i obawa o los bohaterów. Wina leży prawdopodobnie w scenariuszu Melissy Mathison. Problemem jest też zbyt długa sekwencja wizyty Sophie i BFG w siedzibie królowej Anglii. Mimo, że można tam znaleźć mnóstwo udanych dowcipów rodem z kabaretu (zielone gazy to zdecydowanie numer 1, a Rafe Spall jako królewski lokaj Mr. Tibbs to maleńka perełka w filmie), całość niepotrzebnie się przeciąga i wydaje się tak niedorzeczna, że przechodzi w absurd. Możliwe, że opowieść byłaby jeszcze skuteczniejsza w przekazie emocjonalnym, gdyby finał wyglądał zupełnie inaczej, ale to z pewnością kwestia sporna. Znane jest upodobanie Spielberga do sentymentalizmu, co widać było już w Czasie wojny, ale naleciałość ta objawia się w BFG na szczęście tylko do pewnego stopnia. Reszta to po prostu pełen uroku film dla całej rodziny.

Kolejne filmy z dziećmi w rolach głównych z pogranicza magicznego realizmu już nadchodzą. Interesujący będzie na pewno film J.A. Bayony A Monster Calls czy Mój przyjaciel smok z Robertem Redfordem. Zobaczymy czy zaprezentują to, w czym tak wprawił się przez lata specjalista od „magii kina” Steven Spielberg. BFG to magiczna podróż w dziecięcy świat przygód i dlatego właśnie koniecznie trzeba go zobaczyć.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki

Materiały powiązane:


blog comments powered by Disqus