Rozczarowanie roku - recenzja filmu "Fantastyczna Czwórka"

Od czego w dużej mierze zależy wysoka popularność ekranizacji komiksów ze stajni Marvela, takich jak  Avengers, Kapitan Ameryka, Thor czy Iron Man? Oczywiście, wielki wpływ na ten fakt mają efekty specjalne, czasami pojawiająca się fabuła, sekwencje walki i sami bohaterowie. Jednak ogromną rolę odgrywa również obsada produkcji – odpowiednio dobrani aktorzy pasujący do ról, w jakie się wcielają, sprawili, że świat pokochał Czarną Wdowę, Lokiego czy Falcona. Nieważne czy stoisz po dobrej, czy złej stronie Mocy – jeżeli tylko Twoja postać jest wiarygodna, a aktor ją grający potrafi oddać wszystko to, co w niej najlepsze. Przez kilka ostatnich lat mało kto kwestionował wybór obsad ekranizacji kolejnych komiksów. Aż do chwili, gdy ogłoszono grupę aktorów, która pojawi się w nowej odsłonie Fantastycznej Czwórki. Później było już tylko gorzej… Dlaczego? O tym za chwilę.                                                

Jak skutecznie zwrócić na siebie uwagę? Będąc jeszcze młodym i nieopierzonym dzieciakiem zbudować urządzenie – swego rodzaju teleport. Wysyłać w przestrzeń przedmioty i sprowadzać je z powrotem. Wystawić machinę na szkolnych dniach talentów i tylko czekać na pojawienie się prawdziwych naukowców, którzy zauważą twój potencjał. Jeszcze lepiej, gdy owi naukowcy też skonstruowali taki teleporter, tylko nie do końca wiedzą, jak sprawić, by wysłany przedmiot powrócił. Ale od czego są młode umysły. Wystarczy tylko dać im szansę, popchnąć we właściwym kierunku, oferując pracę przy konstruowaniu wielkiego teleportera, którego zadaniem będzie przenoszenie ludzi, a nie tylko rzeczy. Oczywiście nie można zapomnieć o skompletowaniu odpowiedniej grupy, która stworzy coś wspaniałego. A kiedy rząd zapragnie położyć łapę na wynalazku, zespół zadecyduje, że jego członkowie to odpowiednie króliki doświadczalne, które tylko na chwilę przeniosą się do innego miejsca. Jak łatwo się domyślić, ta wyprawa nie może skończyć się dobrze.

Bardzo łatwo dodać dwa do dwóch i określić moment, kiedy bohaterowie nowej Fantastycznej Czwórki zdobędą swoje nadprzyrodzone umiejętności – po nieszczęsnej podróży. I o ile cały proces zyskiwania mocy, podlany nutką motywu spełniania marzeń, osiągania czegoś wielkiego i zapisywania się w annałach, okazuje się całkiem ciekawie skonstruowanym wątkiem, to jego wykonanie, jak zresztą całej produkcji, pozostawia wiele do życzenia. Bo film miał potencjał, naprawdę. Szkoda tylko, że z bliżej nieokreślonych przyczyn (podobno to wszystko wina FOX-a) nie udało się zaserwować miłośnikom przygód tej czwórki komiksowych postaci czegoś zjadliwego.

Jedno wielkie rozczarowanie. Zacznijmy od tego, że akcja ciągnie się niemiłosiernie – prawie osiemdziesiąt procent filmu stanowi budowanie maszyny, zdobycie mocy i później nauka ich używania. Mając przed oczyma choćby niedawnego Ant-Mana, gdzie cały proces stawania się superbohaterem był skondensowany i dobrze rozplanowany, widz może poczuć się zawiedziony. I to mocno.

Kiedy w końcu dochodzi do momentu, gdy Reed Richards, Johnny Storm, Ben Grimm i Sue Storm muszą zmierzyć się ze swoim nemezis, cóż, cała sekwencja walki okazuje się najgorzej nakręconą i nieprzemyślaną sceną walki w historii komiksowego kina. Jest Doom, nie ma Dooma – dziękujemy państwu za uwagę. Nie dość, że twórcy wykreowali ten czarny charakter na postać, która potrafi zrobić dosłownie wszystko, ma wielką moc i nie zawaha się jej użyć, to całą tą otoczkę bycia super-hiper złym potrafili zniszczyć w ciągu kilkudziesięciu sekund. Coś tutaj zgrzyta, nie pasuje do siebie i wywołuje niesmak u odbiorcy.

O ile wersja Fantastycznej Czwórki z 2005 roku pozostawiała wiele do życzenia, to zarówno obsada, jak i warstwa fabularna czy zgodność z komiksami nie wywoływały u widza bólu głowy. A najnowsza ekranizacja? Fabularnie, o czym wyżej, mamy do czynienia z nieprzemyślanym, źle połączonym i nijakim filmidłem, obrazem, który w ogóle nie powinien powstać, a przynajmniej nie w takiej formie.

Dodajmy do tego jeszcze naprawdę okropne, dosłownie kujące w oczy, efekty specjalne, gdzie wszystko okazuje się sztucznym, plastikowym  tworem. Przy obecnej technologii i graficznych cudach, jakimi raczą nas kolejne blockbustery, aż trudno uwierzyć, że można było wyprodukować takiego potworka. Większość efektów specjalnych, zwłaszcza wygląd Dooma i Rzeczy, przypomina zabawę przypadkowymi efektami. Wyszło tandetnie.

No i jeszcze jeden, najważniejszy aspekt produkcji – obsada. Jeżeli mowa o samych aktorach, nie są to byle jakie nazwiska. Swoimi innymi rolami udowodnili oni, że potrafią grać. Jednak nie w tym filmie. Po pierwsze brak jakiejkolwiek chemii pomiędzy bohaterami Fantastycznej Czwórki. Jeżeli obejrzeliście wersję z 2005 roku, czeka Was rozczarowanie. W tamtym filmie widać, że postacie łączą jakieś więzy – Rzecz i Johnny cały czas się przekomarzają, dzięki czemu w produkcji pojawia się sporo humoru słownego czy sytuacyjnego. Nic takiego nie otrzymujemy jednak w nowym obrazie. Aktorzy wygłaszają swoje dialogi, które, notabene, brzmią gorzej niż te w telenowelach, i tyle. Nie czuć, że postacie tworzą jakąś grupę, że mają ze sobą coś wspólnego.

Miles Teller może i jest dobrym aktorem, ale nie pasuje do roli Pana Fantastika – jednego z największych umysłów komiksowego uniwersum Marvela. Aktor po prostu nie wygląda na geniusza, nawet kiedy dodamy mu okulary. Kate Mara po mistrzowsku zniszczyła postać Sue Storm. Nie dość, że aktorka posiada przez cały film jeden wyraz twarzy, który można interpretować jako obrzydzenie (prawdopodobnie była przerażona, że dała się namówić na udział w tym przedsięwzięciu), to jeszcze nie potrafiła wykrzesać z siebie jakichkolwiek emocji. Nie taką Sue poznajemy w komiksach, oj nie taką. Michael B. Jordan może i posiadał potencjał, ale nie pozwolono mu rozwinąć w tym filmie skrzydeł. Johnny, podrywacz-zawadiaka, stracił cały swój blask. Może przez jakąś minutę widz zauważył charakterek tej postaci, jednak bardzo szybko magia bohatera zgasła. Nie inaczej ma się sprawa z Rzeczą – Jamie Bell jako siłacz nie do końca się sprawdza. Nawet kiedy zostaje przemieniony, jego okrzyki "Help me, Reed!"sprawiają, że nie jawi się on jako silna i niebezpieczna osoba.

Jak widać, najnowsza Fantastyczna Czwórka okazała się wielką porażką – w produkcji nie ma ani jednego aspektu, który w jakiś sposób by się bronił. Widać potencjał, widać, że obraz mógł stać się czymś ciekawym. Widać również, jak łatwo zniszczyć dobry komiks i uraczyć widza niejadalną papką. Straty finansowe, jakie poniósł obraz, mówią same za siebie. Czy powstanie kolejna część? Miejmy nadzieję, że nie.

Korekta: Damian "Nox" Lesicki


blog comments powered by Disqus