Recenzja filmu "Gwiazd naszych wina"

Autor: Pityez

Filmów o miłości, gdzie jeden z kochanków umiera na raka, powstały już dziesiątki. Dlatego właśnie ekranizując książkę Johna Greena, reżyser Josh Boone stanął przed wyjątkowo trudnym zadaniem. Bo co można zrobić, by obraz Gwiazd naszych wina odróżniał się od innych tego typu produkcji? Ostatecznie postawiono na względną wierność powieści, rewelacyjną obsadę i uwzględnienie wątków pobocznych. Na ile odniosło to oczekiwany skutek, trudno ocenić. Jedno jest pewne – obsługa kina nie powinna wpuszczać na salę widzów bez chusteczek.

Gwiazd naszych wina to historia nastoletniej Hazel (Shailene Woodley), która lata temu zachorowała na raka tarczycy. Nowotwór rozprzestrzenił się na płuca, doprowadzając do trudności w oddychaniu, wycieczki do Disneylandu i rodziców stwierdzających, że „może przestać walczyć”. Hazel nie przestała i kilka lat później jest dziewczyną, która wszędzie musi taszczyć butlę z tlenem, ogląda kilka reality shows dziennie, na pamięć zna książkę An Imperial Affliction i marzy o tym, by dowiedzieć się, co stało się z jej bohaterami po śmierci głównej postaci. Jak sama twierdzi, jest granatem, który pewnego dnia wybuchnie, niszcząc wszystko dookoła. Codzienność Hazel całkowicie się zmienia, gdy na jednym ze spotkań grupy wsparcia poznaje Gusa, byłego koszykarza z amputowaną (oczywiście z powodu raka) nogą. Gus (Ansel Elgort) jest osobą obdarzoną niesamowitym poczuciem humoru, która posługuje się papierosami jako metaforą, chce poznać historię Hazel a nie jej raka i zdecydowanie nie może usiedzieć w miejscu. I chociaż o szczęśliwym zakończeniu nie może być tu mowy, historia dwójki dotkniętych przez los nastolatków chwyta za serce.

Opowieść Greena ze scenariuszem Scotta Neustadtera i Michaela H. Webera jest może odrobinę tendencyjna, ale nie aż tak, by widzowie tracili do siebie i twórców szacunek. Oczywiście, miłość umierających jest zazwyczaj pewnym wyciskaczem łez, ale Gwiazd naszych wina to także słodki film romantyczny z zaskakującą ilością ciepła i humoru. Dobrze ukazuje młodość oraz pierwszą miłość ze wszystkimi jej tajemniczymi kodami (zawsze, okey), radością z przebywania blisko ukochanej osoby i nieuchronnymi dylematami. Rak przejmuje tutaj chyba rolę nieufnych rodziców, którzy chcą rozdzielić młodych. A skoro im się zazwyczaj nie udaje, to dlaczego choroba miałaby wygrać?

Bohaterowie nie mają być żadnymi archetypami umierających na raka. Są po prostu ludźmi z ich nadziejami, obawami, gniewem czy świadomością nieuchronnej śmierci. Nie chcą skupiać się na powadze sytuacji, zamiast tego cieszą się każdym dniem i dobrą chwilą. A że Woodley i Elgort są razem niesamowici, bardzo dobrze się ich ogląda.

Odtwórców głównych ról ostatnio na ekranie widzieliśmy w Niezgodnej jako rodzeństwo Prior. Woodley była niezła, Elgort raczej nie rzucał się w oczy. W Gwiazd naszych wina jest zupełnie inaczej. Shailene Woodley rozkwita. To chyba pierwszy film, który w pełni ukazuje jej możliwości (w Spadkobiercach mimo wszystko była raczej w drugim planie, w obrazie Cudowne tu i teraz musiała dzielić się uwagą widzów z Milesem Tellerem, a w Niezgodnej za dużo było przemocy, byśmy mogli skupić się na tym, jak ukazuje dylematy bohaterki). Tymczasem rola Hazel wymagała od aktorki ukazania całej gamy emocji, połączenia czasem tych pozornie niepołączalnych. Wyszło jej to fantastycznie – w wielu scenach nie musi nawet nic mówić, byśmy wiedzieli, co dzieje się w jej głowie. Chapeau bas!

Na jej tle Ansel Elgort wypada bladziej, ale chyba każdy by tak wypadł. Jego Gus pozostaje bardziej tajemniczy od Hazel, jednak nie ujmuje mu to wcale charyzmy. Być może w dużej mierze jest to zasługą samego bohatera, ale od Elgorta nie można było wymagać dużo więcej. Ostatecznie za mało był na ekranie, by można było ukazać więcej targających nim uczuć. Gus to miłość, a Elgort ukazuje miłość. Chemii między nim i Woodley nie brakuje, oboje jakby rozjaśniali się na swój widok, więc zadanie zostało spełnione.

Warto tu też wspomnieć o udanych kreacjach drugoplanowych. Willem Dafoe jako Peter van Hauten, ekscentryczny pisarz, autor ukochanej książki Hazel zapada w pamięć na długo. Z kolei Laura Dern jako jej matka musi udźwignąć postać, która z jednej strony ma bardzo pozytywne nastawienie do życia, uśmiech ciśnie jej się na usta, a z drugiej strony nieuchronna śmierć córki kładzie się cieniem na każdym jej dniu. Ostateczny rezultat – bardziej niż pozytywny.

Pamiętajmy również, że chociaż miłość Hazel i Gusa to główny temat filmu, to nie brakuje również wątków pobocznych. Przykłady? Terapia grupowa nie może być oczywiście nudna – prowadzi ją człowiek, który w wolnych chwilach tka dywany z wizerunkiem Jezusa. Przyjaciel Gusa traci drugie oko, ale ważniejsze od tego jest dla niego zerwanie wieloletniego związku (jak ukarać dziewczynę, która go opuściła? – obrzucić jajkami jej samochód). Próby kontaktu z van Hautenem kończą się sukcesem, Hazel może pojechać do Amsterdamu, ale pisarz okazuje się zupełnie innym człowiekiem, niż to sobie wyobrażała.

O tym, jak działa Gwiazd naszych wina świadczy rozmowa podsłuchana przy kasie kina: „Na co idziemy? Może te Gwiazdy?” „Przestań. Oglądałam to już dwa razy. Tak spuchłam, że wstydziłam się wyjść z sali (…)”. Tylko pojedyncze osoby nie wzruszą się historią Hazel i Gusa. I chociaż filmy o raku widzieliśmy już wiele razy, to sposób ukazania miłości tej dwójki zdecydowanie zachęca do ponownej wizyty w kinie. Nie choroba jest tutaj bohaterką, tylko uczucie młodych ludzi, ich sercowe dylematy oraz problem z pewnym pisarzem.

P.S. Ci, którzy widzieli tylko film, a nie czytali książki, mogą się dziwić tytułowi. Jest to nawiązanie do szekspirowskiego dramatu Juliusz Cezar. W akcie 1 scenie 2, Kasjusz mówi tam do Brutusa: „Jeśliśmy zeszli do nędznej sług roli, / To nasza tylko, nie gwiazd naszych wina”. W powieści to odniesienie jest wyjaśnione, scenarzyści ekranizacji już go nie uwzględnili.


blog comments powered by Disqus