Recenzja filmu "Grand Budapest Hotel"

Autor: Pityez

Grand Budapest Hotel to jeden z tych filmów, które wchodzą do kin bez większego rozgłosu, więc mogą umknąć mniej zaznajomionym z tematyką. A to byłaby wielka szkoda. Inspirowane prozą Stefana Zweiga najnowsze dzieło Wesa Andersona to zabawa z widzem i formą, podejście do kina (i życia) z lekkim przymrużeniem oka. Jednocześnie można w nim odkryć unikalną prawdę o człowieku – istocie pełnej tajemnic, a przede wszystkim sentymentalnej.

Znamy wiele filmów z dwiema warstwami narracyjnymi, ale skoro Grand Budapest Hotel jest konsekwentnie przejaskrawiony – nie tylko w barwach i charakterze bohaterów – Anderson tworzy aż cztery płaszczyzny. Na początku poznajemy dziewczynę przed pomnikiem pisarza z książką Grand Budapest Hotel, a kiedy zagłębia się ona w lekturze, trafiamy do rzeczywistości podstarzałego literata przy pracy nad przemową, która z kolei przenosi nas do świata młodego pisarza przebywającego właśnie w tytułowym hotelu. Tam poznajemy właściciela lokalu, który postanawia opowiedzieć gościowi historię swojego życia. Celowe pomieszanie z poplątaniem - tak mniej więcej przez cały czas wygląda film Andersona. Momentami trzeba się skupić, ale zainteresowany widz nie powinien mieć trudności z nadążaniem za tokiem myśli twórcy.

Główna akcja produkcji skupia się na Gustavie H., wyperfumowanym i wyelegantowanym konsjerżu z manierami z poprzedniej epoki oraz Zero, jego protegowanym. Wpadają oni w tarapaty, gdy jedna z podstarzałych kochanek Gustave'a umiera i przychodzi czas na wyegzekwowanie jej testamentu. Trup ściele się gęsto, makabra goni komedię, na scenie pojawiają się coraz dziwaczniejsze postaci, a w tle wybucha wojna.

Bohaterowie Andersona stanowią barwną paletę iście karykaturalnych okazów. Nie ma wśród nich ludzi „normalnych”. Postaci są dopracowane w najdrobniejszym szczególe, prezentują konkretne, jednoznaczne postawy i cechy. Po samym ich stroju jesteśmy w stanie określić, kto jest dobry, a kto zły. Gwiazdorska obsada jest tylko dodatkiem, bo chociaż dobra gra aktorska stanowi jeden z atutów produkcji, to charakter bohaterów stanowi sam o sobie. Ten komplement powinien zostać odpowiednio odebrany, bo w filmie pojawiają się naprawdę wielkie nazwiska: Tilda Swinton, Saoirse Ronan, Jude Law, Edward Norton, Adrien Brody, Willem Dafoe itd. W Grand Budapest Hotel nie mogło oczywiście zabraknąć ulubieńców Andersona (Owen Wilson, Jason Schwartzman), ale to odtwórcy głównych ról czyli Ralph Fiennes i Tony Revolori (debiutuje w tak dużej roli) grają pierwsze skrzypce. Obaj idealnie wpasowują się w swoich bohaterów, stają się nimi, a Gustave H. i Zero z nich wyrastają. Chociaż Fiennes nie był pierwszym wyborem, trudno na jego miejscu wyobrazić sobie kogoś innego (propozycję odrzucił chociażby Johnny Depp).

W filmie Andersona rzeczywistość miesza się z baśnią, postaci funkcjonują w świecie estetycznie rodem z kreskówki, gdzie realizm przegrywa z groteską. Nawet najbardziej rzeczywiści bohaterowie, prawdziwe wydarzenia są wykrzywione i przejaskrawione. Grand Budapest Hotel to trochę taki świat z bańki mydlanej – niezwykle kruchy, istnieje tylko w ograniczonej rzeczywistości, historia zatacza w nim kolejne koła, a barwy mają odcienie inne niż w naturze. To co jest śmieszne, w filmie staje się straszne, a komiczne wydają się za to rzeczy przerażające.

Dlatego właśnie tym, co tak bardzo wyróżnia Grand Budapest Hotel jest zdecydowanie unikalny humor twórcy. Jego bardzo dobrym przykładem jest chociażby fakt, że akcja filmu ma miejsce w kraju europejskim o nazwie Żubrówka, w więzieniu należy zachowywać wszystkie konwenanse, a główny bohater dorysowuje sobie wąsy kredką. I chociaż Żubrówka jest wzorowana na Monarchii Austro-Węgierskiej, więzienie jest dla Gustave'a gorsze od śmierci, a doświadczony przez życie Zero chce wyglądać na poważniejszego, niż w rzeczywistości, to w tym wszystkim trudno nie dostrzec specyficznego dowcipu reżysera.

Wes Anderson jest jednym z niewielu twórców, którzy zaczynają i kończą prace nad swoim dziełem z niezwykle czytelną koncepcją. Nie dziwi więc fakt, że jego filmy są dopracowane, przemyślane i równe. Co prawda momentami wydaje się, że historia z Grand Budapest Hotel jest opowiadana tylko po to, by reżyser mógł zrealizować swoje wszystkie nawet najbardziej szalone wizje, to ten film jest wspaniałym sposobem na ucieczkę od szarej codzienności i obejrzenie na ekranie obrazów, które do tej pory mogły nam się tylko przyśnić. Być może po półtorej godziny z Gustavem H. i Zero zastanowimy się również, kim tak naprawdę staje się człowiek, gdzie w historii zgubiliśmy jeśli nie dobrą naturę, to chociaż dobre zwyczaje i dlaczego coraz częściej ludzkość staje przeciwko sobie. Bo chociaż Grand Budapest Hotel wydaje się ładnym obrazkiem, to pilny widz z łatwością odkryje, jakie przesłanie przelał w niego Wes Anderson. Czas poświęcony na seans i rozważania zdecydowanie nie będzie czasem straconym, może nam dać tylko odrobinę relaksu oraz mądrości.


blog comments powered by Disqus