Recenzja filmu "Wielki Gatsby"

Dla wielu był to najbardziej oczekiwany film roku – adaptacja książki uznawanej za arcydzieło amerykańskiej literatury, znane nazwiska, wielkie widowisko, zapadająca w pamięć ścieżka dźwiękowa, kostiumy sygnowane metką Prady... wszystko to podniosło poprzeczkę niesamowicie wysoko.  Baz Luhrmann miał w ręku wszystkie karty i mógł stworzyć arcydzieło – niestety nie zagrał o najwyższą stawkę. Wielki Gatsby to wizualna perełka, szkoda tylko, że to piękno nie kryje żadnej głębi.

Nawet nie znając nazwiska reżysera, nie dałoby się pomylić jego stylu z nikim innym – to ten sam rodzaj przerysowania, który był obecny w Moulin Rouge!, podobna próba uwspółcześnienia co w Romeo i Julii. Kolejne dzieło twórcyAustralii to nieodrodne dziecko dorobku swojego ojca, nieco powierzchowne i próżne, momentami zbyt patetyczne, ale przede wszystkim – ukrywające szczerość i naturalność pod fasadą barwnych kostiumów oraz bogatej scenografii.

Od strony wizualnej trudno zarzucić Gatsby’emu cokolwiek – stworzone przez Miuccię Pradę kostiumy prawdopodobnie zapewnią projektantce przynajmniej nominację do przyszłorocznego Oscara, a scenografię charakteryzuje rozmach i perfekcja wykonania. Chociaż purystów nie zachwyci pewnie wspomniane uwspółcześnienie, jest ono na tyle subtelne, że widzowie nastawieni na kino rozrywkowe i nie mający wiedzy o kulturze Ameryki początku wieku z pewnością przeoczą wiele nie do końca pasujących detali – mimo tego to właśnie dzięki nim będą czuli się tu jak u siebie. Historia głównego bohatera nabiera dzięki takiemu zabiegowi cech uniwersalnych, łatwo umieścić ją w metaforycznym „zawsze” jako wiecznie aktualną opowieść o obsesji i nadziei, która – dosłownie – umiera ostatnia. To pewien sukces reżysera – przesunięcie środka ciężkości z wątku romantycznego na sylwetkę samego Gatsby’ego pozwoliło lepiej wydobyć tragedię jednostki zderzającej się z ciemną stroną american dream. Jednak to, co z książkowego pierwowzoru uczyniło obowiązkową pozycję na liście klasyków literatury, tutaj wyraźnie ustępuje pola estetycznemu przepychowi ginąc wśród piór i cekinów. Koniec końców główny problem nie polega na tym, że jest to film kiepski, a jedynie niezły – co przy takim budżecie, scenariuszu i obsadzie nie jest wynikiem zadowalającym.

Być może to właśnie wielkie oczekiwania pozbawiają obraz mocy: Luhrmann tworzy swoje dzieło w cieniu literackiego oryginału, nie mogąc uniknąc porównań z adaptacją z 1974 roku z Robertem Redfordem i Mią Farrow. Niestety, doborowa obsada nie zapewniła mu sukcesu - diCaprio gra mocno poniżej swoich możliwości. Jego Gatsby jest co najwyżej niezły, co w przypadku aktora z tak dużym potencjałem pozostawia uczucie niedosytu. Bardzo dobra Mulligan i Maguire z przyklejonym do twarzy wyrazem nieustannego zdziwienia nie ratują sytuacji na tyle, żeby można było mówić o wybitnych kreacjach. Mowa tu bezustannie o wielkich namiętnościach czy pasji, w które widz nie jest w stanie uwierzyć: uczucie między Jayem i Daisy jest teatralne oraz sztuczne, trudno uwierzyć w istnienie jakiejkolwiek nici porozumienia między Gatsbym i Nickiem Carrawayem. Pomijany dotąd przez Akademię Leonardo diCaprio zapewne zostanie pominięty prawdopodobnie raz jeszcze – tym razem słusznie. Widzowie, którzy udział aktora w produkcji potraktowali jako gwarant najwyższej jakości, mogą poczuć sę rozczarowani.

Ścieżkę dźwiękową warto natomiast przesluchać nawet w oderwaniu od filmu – różnorodne utwory łączą brzmienia retro z hip-hopem (Bang Bang – will.i.am) i współczesną muzyką taneczną (A Little Party Never Killed Nobody (All We Got) – Fergie, Q-Tip & GoonRock), a nazwiska wykonawców i nazwy zespołów mówią same za siebie: Lana del Rey, Jack White, Bryan Ferry, Florence & The Machine, Gotye, Sia, Nero czy The XX razem tworzą album bardzo eklektyczny, ale nie wywołujący wrażenia przypadkowego doboru. Energia splata się tu z nostalgią, afirmacja życia – z dramatem człowieka uwięzionego między swoją przeszłością i nadzieją na przyszłość. Melodie dobrze komponują się z obrazem, chociaż niewątpliwie zmuszają widza do zgody na zaakceptowanie wizji reżysera taką, jaka jest, ze wszystkimi uwspółcześnieniami i uproszczeniami. Ci, którzy oczekiwali muzyki „z epoki” i wierności realiom Ameryki czasów Fitzgeralda, prawdopodobnie nie będą usatysfakcjonowani.

Wielki Gatsby Luhrmanna to film, który się ogląda, lecz nie przeżywa – kolejne widowiskowe sekwencje nie wzbudzają w odbiorcy głębokich uczuć i zapadają w pamięć jedynie jako ciąg pięknych, świetnie skomponowanych obrazków: Daisy wśród unoszących się w powietrzu zwiewnych zasłon, przyjęcia w domu Gatsby’ego, tajne lokale z nielegalnym alkoholem, wyścig kabrioletów na moście Queensboro – wszystko to zapiera dech i oszałamia widza na czas seansu. Jednak po wyjściu z kina pozostaje uczucie pustki i pierwszym określeniem, które nasuwa się na myśl, jest – niestety – „piękny”. Tylko „piękny”. Baz Luhrmann mógł stworzyć świetny film – wybrał jednak skonstuowanie wspaniałego widowiska. Szkoda.

Film Wielki Gatsby możecie zobaczyć w:


blog comments powered by Disqus